|
Mamy 17 533
katolickich świątyń i kaplic, a samych pomników JP II ponad 600. Żeby pięknie
wyglądały, muszą być podświetlone.
ŚWIATEŁKO DLA PANA
BOGA
Andrzej Szlęzak, prezydent
Stalowej Woli kazał sprawdzić, czy ktoś nie kradnie prądu, za który płaci
miasto.
-Kradnie!- zameldowały służby, więc polecił
odciąć złodziejskie podłączenia. W mroku pogrążyły się kościoły, krzyże i Boże
pomniki . Nie działa oświetlenie zabytkowej dzwonnicy i figury Chrystusa przy
kościele św. Floriana a także gigantycznego metalowego krzyża przy Mostostalu.
Nawet bazylika konkatedralna tonie w ciemnościach. Odrobinę światła pada tylko
na front, bo w pobliżu znajdują się Aleje Jana Pawła II, przy których stoją
uliczne latarnie.
-Od jakiegoś czasu
podejrzewałem, że do sieci miejskiej podłączone są prywatne posesje. Inaczej
nie można tego nazwać, jak kradzieżą gminnego mienia- wyjaśnił Szlęzak. -Jeżeli
nadal parafie będą darmowo pobierać nasz prąd, to w urzędzie polecą głowy osób
za to odpowiedzialnych. Wyrzucę na zbity pysk- uodpornił podwładnych na
perswazje sukienkowych.
-Przecież nie
braliśmy dla siebie, tylko dla wiernych i większej chwały Bożej- nie mogą wyjść
ze zdumienia czarni.
xxx
Prezydent Szlęzak
nie oskarża Kościoła kat., że podpiął się do miejskiego prądu na drodze
przestępczej . Tak wyszło, bo duchowni nie lubią płacić rachunków, zaś
poprzedni włodarze Stalowej Woli niedostatecznie pilnowali interesów gminy bądź
utożsamiali je z interesem Kościoła kat.
Zapytałam
kilkanaście losowo wybranych samorządów, czy aby w ten sposób nie sponsorują
Kościoła kat.? A może tylko nic nie wiedzą o sponsoringu? Kościółki mogły być
przyłączone do sieci miejskiej jeszcze za komuny. Wpływowy członek PZPR mógł w
ten sposób podziękować za swój katolicki ślub albo pokropek na pogrzebie matki.
Rzecznicy prasowi
odpytali mnie przez telefon , o co do cholery chodzi? Co kombinuje ten Szlęzak?
Czy wynajął go Urban? I czy Szlęzak odkrył, że do sieci miejskiej w Stalowej
Woli są przyłączone jedynie kościoły i przykościelne parkingi, czy może też
plebanie?
Moi rozmówcy nie
daliby sobie odciąć ręki za to, jak jest u nich. Naturalnie wątpliwości
wyrażali poza protokołem. Tłumaczyli, że
oświetlanie kościołów przypomina czarną dziurę, nikt nie ma pojęcia o jej
rozmiarach. I nie będzie miał, bo lewe
przyłączenia są nie do odkrycia bez zrobienia mega rabanu, czyli oficjalnego
wyartykułowania, że podejrzewa się Boże sługi o kradzież. A sługi pójdą w
zaparte.
xxx
Tylko Łomża i Ustka
wyraziły pewność, że nie płacą za czarnych. Naczelnik wydziału infrastruktury z
Ustki Marek Kurowski nazwał praktyki ze Stalowej Woli „cudami”. U nich, w
Ustce, nie ma miejsca na cuda. Przetargi na zakup energii organizują wspólnie z
kilkoma gminami, żeby było taniej. Zainstalowali energooszczędne, sodowe
wysokoprężne lampy i zapalają jedynie niezbędne do życia.
Łomża jest bardziej
enigmatyczna („miasto dokonuje kontroli dostępności do źródeł energii przez
obce podmioty… nie stwierdzono nieprawidłowości”).
Łomży prezydentuje
Mieczysław Czerniawski z SLD, ale na miejskie uroczystości wkłada krawaty w
kolorze biskupiego fioletu, żeby ładnie komponowały się z sukienką
najważniejszego gościa , zaś na swego rzecznika prasowego zatrudnił Annę
Sobocińską, dziennikarkę diecezjalnego radia.
Poprosiłam zatem
Sobocińską o doprecyzowanie, czy Łomża nigdy nie dawała klechom prądu za frico,
czy przestała dawać, jak prezydenturę objął komuch. Wtedy Sobocińska przyznała,
że samorząd oświetla kościółki, naturalnie zabytkowe.
Xxx
Bogatynia. Rzecznik
zapewnił, że nic nie wskazuje na to, aby jakiś złodziej podpiął się do prądu.
Wynika to z rachunków, które rosną w sposób ewolucyjny, wynikający z
podwyższenia ceny prądu. Miasto oświetla jeden kościół, bo tak wynika z uchwały,
podjętej przez radę miejską.
Częstochowa. Ratusz
nie ma informacji, aby do oświetlenia miejskiego podpięły się obce podmioty, bo
nie było ten temat żadnych sporów. Częstochowa w tym roku przeprowadzi
kompleksową inwentaryzację sieci oświetleniowej. Bezpośredni powód
inwentaryzacji jest inny, ale może się zdarzyć, że przy okazji złapie się
jakiegoś złodzieja. W ocenie miejscowych fachowców największy problem stanowi oświetlenie na terenach
dzierżawionych przez spółdzielnie mieszkaniowe.
Elbląg. Rzecznik
prasowy przypomniał, że oświetlenie ulic stało się zadaniem własnym gminy w
1990r., ale nie skomunalizowano urządzeń do realizacji tego zadania. Było zatem
tak, że miasto płaciło za tzw. obce tereny. Naturalnie stara się eliminować
pasożytów. Dziś do oświetlenia ulicznego podłączone są iluminacje niektórych
obiektów sakralnych, gdyż pozwala na to prawo.
Gorzów
Wielkopolski. Organizowane są "objazdy kontrolne oświetlenia", ale
nie wykryto nielegalnych podłączeń do miejskiej sieci.
Lublin. Podatnicy
finansują oświetlenie obiektów sztuki sakralnej, bo one stanowią o pięknie i
randze miasta. Wszystko reguluje porozumienie, zawarte z kurią.
Katowice.
"Istnieją nieruchomości o charakterze publicznym, które ze względu na
walory architektoniczne podłączone są do oświetlenia miejskiego, w celu wykreowania
określonego wizerunku Miasta. W mojej opinii przedstawiony przez Panią problem,
o ile by występował w mieście Katowice, uważam za marginalny"- pisze
Krystyna Siejna, pierwszy wiceprezydent.
Poznań. Od kilku
lat działa zespół ds. oceny i wydawania zgody na włączenie iluminacji obiektów
do oświetlenia ulicznego. W skład wchodzą przedstawiciele kilku wydziałów, z
Biurem Kształtowania Relacji Społecznych włącznie. Opinia zależy od ilości
punktów, uzyskanych przez petenta. Są iluminowane obiekty inżynierskie (mosty)
oraz architektury, w tym sakralnej.
Warszawa. Ratusz
nie wie, co oświetla i nie chce wiedzieć, bo on tylko płaci rachunki.
Właścicielem sieci elektrycznej są operatorzy systemów elektroenergetycznych,
którzy w ocenie Marty Trakul- Masłowskiej powinni kontrolować ewentualne
nadużycia.
Włocławek. W ogóle
nie ma liczników pomiaru prądu, ratusz płaci za oświetlenie ulic ryczałtem.
Prezydent ma świadomość , że finansuje iluminację 5 kościołów.
Zakopane. Chyba
oświetlają zabytkowe kościoły i przykościelne place, bo rzeczniczka
rozkrzyczała się, że nikt mnie nie upoważnił do kwestionowania prawa stolicy
Tatr do eksponowania zabytków.
Zielona Góra. Jeśli
coś nielegalnego jest podpięte do miejskiego prądu, to tylko do systemu
oświetlającego ulice. Złodziej ma niekomfortowo, bo może korzystać z prądu
tylko wtedy, gdy zapalają się latarnie, czyli gdy jest ciemno.
xxx
Prąd kosztuje coraz
więcej. Szukając oszczędności samorządy wyłączają latarnie przy drogach, nie będących
ich własnością bądź żądają, aby rachunki za światło zapłaciła Generalna
Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Sprawy trafiają do sądów. Ostatnio Sąd Rejonowy
w Słupsku odrzucił pozew GDDKiA, która chciała od gminy 100 000 zł za
oświetlenie części obwodnicy.
Samorządy skąpią na
bezpieczeństwie mieszkańców i jednocześnie lekką ręką fundują prąd dla
kościołów. Tłumaczenie, że dzięki eksponowaniu walorów architektonicznych pięknych
budowli buduje się prestiż miast jest funta kłaków warte. Jak wiadomo nie
wszystkie perły architektoniczne w Polsce należą do Pana Boga, ale żadna poza
kościelnymi nie załapała się na darmochę.
Andrzej Szlęzak-
historyk po Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Od 2002r. prezydent Stalowej
Woli. Należał do PiS i był wspierany przez tę partię, aż wszczął z Kościołem
kat. spór o tzw. Kokoszą Górę w parku miejskim. Czarni wbili tam krzyż i
postanowili wybudować kościół. Którejś nocy krzyż poświęcił sam biskup Edward
Frankowski, który w przeszłości uczył Szlęzaka religii. „Partyzant, który
siedzi zaszyty w lesie, nie wie, że wojna się skończyła i nadal wysadza
pociągi”- ocenił prezydent byłego nauczyciela. Dodał jeszcze, że strona
kościelna przejęła po bolszewikach pogardę dla czyjejś własności. Wtedy czarni
próbowali posłużyć się matką Szlęzaka. Zamiast ustąpić, prezydent nazwał
biskupów ludźmi „bez wstydu, honoru i godności”. Odmówił spotkania z nowym
biskupem sandomierskim „do czasu usunięcia bezprawia”. Niedawno urzędy i sądy
prawomocnie rozstrzygnęły, że postawienie krzyża na miejskiej ziemi to samowola
budowlana, ale do tej pory nie udało się jej usunąć („Krucyfiks wyprowadzić”,
„Nie” 49/2011r). 17 lutego 2012r.
GENERAŁ OD 70 WYWROTEK
Generał Andrzej Rokita, komendant
małopolskiej policji awansował właśnie na zastępcę komendanta głównego policji.
Będzie odpowiadać za pion kryminalny, bo w ocenie przełożonych to świetny pies
na przestępców.
xxx
Przez papieskie miasto Wadowice płynie
rzeczka Kleczanka. Czasem wylewa, więc zabezpieczono ją wałami. W 2007r. roku
Antoni M. porządkował swój ogródek. Zebrał nierówności i wywiózł do międzywala
Kleczanki.
-W korycie zrobił się nasyp. Nawet dzieci
wiedziały, co będzie, jak woda się podniesie!- wkurzają się jeszcze dzisiaj
ludzie.
Wtedy denerwowali się mocniej, bo od
Antoniego M. przyjeżdżały kolejne ciężarówki. Doliczyli się 70. Emerytowany
dziennikarz Edward Wyroba poleciał, gdzie trzeba. Ściągnął policjantów oraz
służby odpowiadające za utrzymanie rzeki
-No sypie ziemię- uznali. -To może i źle,
ale czy czyn wyczerpuje znamiona przestępstwa? Eee...
-Chuja mi zrobisz!- zapewnił Wyrobę pan
Antoni.
-Dowiedziałem, że przyjaźni się z
emerytowanym policjantem i ma w policji zięcia- relacjonuje Wyroba.
W 2010r. Kleczanka wylała w miejscu, w
którym Antoni M. wpierdolił ziemę z ogródka, co udokumentowali mieszkańcy na
fotografiach. Woda wirowała, odbijając się od nasypu, zalała okoliczne chałupy
i zabrała most. Ten sam, który przetrwał największą powódź z 2001r. Żeby dostać
się na drugą stronę, ludzie musieli nadkładać wiele kilometrów. Straty poszły w
miliony złotych.
Mieszkańcy uznali, że to przez ogrodniczą
aktywność sąsiada. Napastowali Wyrobę, ten posła Stanisława Rydzonia. Poseł
dręczył wojewódzkiego komendanta policji z Krakowa Andrzeja Rokitę.
Rokita zleciał postępowanie wyjaśniające
i odpowiedział na 4 stronach, szczegółowo.
Zdaniem komendanta Rokity było tak:
21 sierpnia 2007r. Edward Wyroba
powiadomił wadowicką policję o naruszeniu wałów przeciwpowodziowych Kleczanki.
Patrol stwierdził, że faktycznie Antoni M. nawiózł ziemi. Co widać na
dokumentacji fotograficznej, zrobionej przez technika kryminalistyki. Działanie
pana Antoniego nie naruszyło prawa, więc nie ma tu nic do rzeczy, że kolega
sprawcy był policjantem, a jego zięć jest funkcjonariuszem.
Niestety Kleczanka wylała, zaś Wyroba
przysłał "Wniosek o ściganie z urzędu przestępstw skutkujących powodzią,
usunięcie zagrożenia powodziowego na koszt sprawcy, w trybie natychmiastowym.
Obciążenie sprawcy przestępstwa pełnymi kosztami powodzi na wadowickim Zaskawiu
w 2010r."
Tym razem policjanci odgrzebali kodeksy,
w których doczytali się, że nawiezienie gruntu na teren międzywala jest
czynnością wymagającą pozwolenia wodnoprawnego, więc jednak Antoni postąpił
źle. Naruszył prawo, ale w ocenie
komendanta Andrzeja Rokity minimalnie. -To było wykroczenie- uznał facet, który
dzisiaj rządzi całą polską policją. Czyli czyn skutkujący stratami do 250 zł.
Ale rzecz miała miejsce dawno, więc wykroczenie się przedawniło i sprawca czynu
nie może być ukarany.
Tak pisał komendant Rokita 6 września
2011r. (L.dz.AZ-S-379/11/1)
xxx
Pointa jest zupełnie nieoczekiwana. Parę
dni temu obudziła się Prokuratura Rejonowa w Wadowicach i podjęła na nowo
umorzone dochodzenie. Tym razem wydaje jej się, że przed 5 laty pan Antoni mógł
popełnić przestępstwo.
Pogadałam o tym z prokuratorem rejonowym
Jerzym Utratą. Jest przekonany, że zalanie Zaskawia i zerwanie mostu w 2010r.
nie miało związku z aktywnością ogrodnika. Skąd to przekonanie? Nie wiadomo, bo
nie badano sprawy pod tym kątem. Nie
powołano żadnego biegłego. Prokuratura wynajmie teraz speca od wód bez żadnych
istotnych powodów. Po prostu chce mieć pewność, że pierwotna ocena zdarzeń była
właściwa.
Podsumujmy: najpierw zawieruszyły się
kodeksy, więc nie można było kazać Antoniemu M. usunąć nasypu, co pewnie
uchroniłoby Wadowice przed powodzią. Dziś je odnaleziono, ale bez sensu jest
badać, jaki wpływ miało 70 wywrotek ziemi na zachowania rzeki w czasie
przypływu wód w 5 lat po tym, jak zostały wykiprowane. Przecież większość
Antosiowego ogródka dawno dopłynęła do Bałtyku.
5 lutego 2012r.
SYMBOLE DOMINACJI
Minister Radosław Sikorski chce zburzyć
Pałac Kultury i posadzić tam trawkę, a także zrobić sadzawkę. "To bardzo
nie ekologiczny budynek"- twierdzi szef polskiej dyplomacji. -Nikt nie
miał wątpliwości, że trzeba było zburzyć mur berliński- przypomina. A pałac
jest jak mur, tak samo symbolizuje sowiecką dominację. Poza tym wkrótce trzeba
będzie go remontować, co kosztuje.
Od 2007r. Pałac Kultury i Nauki jest
chroniony prawem, tak jak Łazienki czy Wawel. Ciężko sądzić, że minister o tym
nie wie. Zatem mniejsza o przepisy, gdy chodzi o pryncypia.
Idąc tropem rozumowania ministra
Sikorskiego, że czas oczyścić Polskę z okupacyjnych symboli, poświadczających
upodlenie narodu, należałoby rozwalić inne zabytki. W Warszawie choćby Pałać
Staszica, bo wybudowano go w latach 1820- 1830. Były to czasy, kiedy każdy
porządny obywatel czyścił szable na Powstanie Listopadowe. Warto zburzyć pałac
Krasińskich, zwany Pałacem Rzeczpospolitej, jeden z najpiękniejszych zabytków
stolicy, bo został budowany w latach 1877-1883, a to był czas wzmożonej
rusyfikacji. Polska zniknęła z mapy i nazywała się Kraj Przywiślański.
Z czasów zaborów pochodzą prawie
wszystkie polskie dworce kolejowe, kamienice, fabryki, wiele mostów i dróg. Nie
mówiąc o kościołach. Czy Polak- patriota może bezpiecznie polecać się Bogu w
świątyni wybudowanej przez ciemiężców? Czy jest godne, żeby ze Szczecina do
Berlina pruć autostradą, wzniesioną za czasów pruskiego zaboru? A bezwzględna
germanizacja, której poddawano uciśniony naród polski? A Grzymała, któremu
władze nie pozwoliły wybudować domu i musiał mieszkać w wozie cyrkowym?
Patrząc z tego punktu widzenia dobrze się
stało, że z tysiąca szkół, którymi komuniści upstrzyli Polskę na tysiąclecie
państwa pod pretekstem racjonalizacji sieci szkolnej nie ocaleje żadna.
27 stycznia 2012r.
SZACUN DLA FLAGI W Sejnach odsłonięto pomnik poświęcony pamięci osób, które przeniosły się do Bozi razem z Lechem Kaczyńskim. Było miło.
http://www.youtube.com/watch?v=RSSIz-0pnCM
9 stycznia 2012r.
ZDROWYCH I POGODNYCH

Wszystkiego dobrego na Święta!
25 grudnia 2011r.
PRĄD W KOSMOS
W gubieniu prądu jesteśmy najlepsi w Europie. W Austrii czy Niemczech wskaźnik strat oscyluje wokół 4 proc. W Polsce wspina się do 10. Ze stosownych audytów, zalegających moje biurko, wynika, że absolutnie bezkonkurencyjna jest Polska Grupa Energetyczna Dystrybucja Białystok działająca na terenie województw podlaskiego, mazowieckiego i warmińsko-mazurskiego. Wysyła w kosmos 2 razy więcej prądu niż robią to np. w Rzeszowie.
-I niech sobie wysyła- chciałoby się powiedzieć, gdyby nie robiła tego na nasz koszt.
"Dążenie do ograniczenia strat powinno być istotnym celem działania polskich przedsiębiorstw energetycznych"- apelują kontrolerzy. Jest to wołanie na puszczy. Straty prognozowane na 2012r. są tylko o 0,36 proc. niższe o tegorocznych.
PGE Dystrybucja Białystok rzadko sprawdza, czy jest oszukiwana. Czym dalej od dużych miast, tym kontroli mniej. W Białymstoku biorą pod lupę co setnego odbiorcę. Ale już w Ełku (woj. warmińsko- mazurskie) tylko jednego na 2500 klientów. Aż połowę kontroli przeprowadza się na żądanie zainteresowanych, którym się wydaje, że płacą za dużo.
Z prawa wynika, że złodzieje prądu winni trafić na ławy oskarżonych. Z kwitów- że czasem zakład energetyczny ogranicza się do postraszenia złodzieja prokuratorem. ( „W dokumentacji nie znalazła się kopia zawiadomienia organów ścigania o popełnieniu przestępstwa ani kopie wydanych postanowień, wyroków czy ewentualnego umorzenia sprawy. Zakład jedynie poinformował odbiorcę, że zgłoszenie takie zostanie złożone”.)
PGE nie ma planów kontroli, nie monitoruje ich wykonania, nie pilnuje, żeby ukradzione pieniądze wróciły na konto spółki.
Niektórzy odbiorcy płacą za prąd mało i nie muszą kraść, bo firma im wierzy. "Zużyłem tyle i tyle kilowatów"- melduje zainteresowany i na tej podstawie dostaje rachunek. Nie są to sytuacje jednorazowe. Kontrolerzy nalegają, aby ograniczyć zaufanie do maksymalnie dwóch okresów rozliczeniowych.
Są klienci, którzy rozliczają zużycie energii na podstawie... szacunku. To tak, jakby mnożyć ilość zeschłych liści przez wskaźnik rozwoju gospodarczego, dzielić przez liczbę Chińczyków i na tej podstawie płacić rachunek.
xxx
To co wyżej wzięłam z audytu, będącego dowodem w sądowych sprawach Stasia i Krzysia, elektryków Polskiej Grupy Energetycznej Dystrybucja Białystok, toczących się przed białostockimi sądami.
Było tak: Biuro Audytu PGE zapowiedziało kontrolę. Firma zaczęła gromadzić papiery. Staś i Krzyś zameldowali przełożonym, że niektóre protokoły zginęły podczas przeprowadzki.
-Mają być i już!- rozkazał kierownik.
Staś i Krzyś nie mają w obowiązkach archiwizowania i przechowywania dokumentów, powinni więc wysłać przełożonego na szczaw. Jednak troszcząc się o jego dobry humor, postanowili protokoły odtworzyć. Niestety któraś kontrolowana firma zmieniła nazwę i audytorzy wykryli fałszerstwo.
Skracając: Staś i Krzyś zasiedli na ławie oskarżonych. Sąd karny ustalił, że działali pod wpływem presji psychicznej. Pisali prawdę, o włos nie przeinaczyli treści kwitów. Nie mieli też żadnego interesu w działaniu, którego się dopuścili. Ewentualne konsekwencje braku dokumentacji poniósłby zarząd spółki. Sąd podkreślił, że panowie „chcieli się po prostu wywiązać z polecenia służbowego”. Gówno by zjedli i powiedzieli, że smaczne, byle się utrzymać w zawodzie.
Dyrekcja PGE wręczyła chłopom dyscyplinarki. Wilczy bilet daje gwarancję, że nie znajdą następnej roboty. Gra idzie o życie, odwołali się więc do Sądu Pracy. Wyrok już jest. Kuriozalny. Sąd Okręgowy w Białymstoku wywiódł, że w PGE ginie mnóstwo prądu, a Staś i Krzyś są za to odpowiedzialni.
Jeśli szeregowi elektrycy odpowiadają za wyniki firmy, to po co spółce zarząd? Przecież to on inwestuje w nowe liczniki i nowe sieci, określa sposoby walki ze złodziejami, decyduje o sposobach egzekwowania należności. Stwierdzone przez audytorów zaniedbania nie dotyczą niezgodnego z prawem odtworzenia kilkunastu protokołów.
Piszę o tym, bo historię Stasia i Krzysia przywołuje się w PGE jako dowód, że firma podjęła działania, aby w Polsce kradziono tyle prądu, ile w reszcie Europy.
18 grudnia 2011r.
STAW
Chciałam podlać świeżo przesadzony świerczek. Wylądowałam po pachy w lodowatym stawie. Spadając uderzyłam się w kostkę.
-Może w stawie zostać- pomyślałam.
Jakoś wylazłam. Kap, kap- sunę do domu.
-Sąsiadka!- rozpromienił się na mój widok Czesław zza płotu. -Proszę poczekać, jabłuszek nazrywam- poprosił.
Z okna widziałam, jak reklamówkę z jabłkami wiesza na ogrodzeniu. Nie popędziłam po wziątkę, bo organizowałam pomoc.
-Proszę jechać do poradni ortopedycznej- zdecydowała pani ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. -Co innego, gdyby doznała Pani urazu nocą, wtedy naturalnie można do nas.
W poradni ortopedycznej ustaliłam, że nie biorą pacjentów z ulicy, nawet jak cwaniakom wydaje się, że uszkodzili sobie stawy. Oni są poważną firmą i wymagają skierowania od lekarza domowego. Poza tym obowiązuje kolejka i wizyta z marszu jest niemożliwa.
Mój lekarz rodzinny przyjmuje dwa razy w tygodniu. A książeczka zdrowia była podbita przez pracodawcę może rok temu. Stempelek ważny jest miesiąc, z Suwałk do Warszawy daleko.
-Mamy sprawdzić w komputerze, że pracodawca odprowadza składki na ZUS? Jaja pani sobie robi?- denerwuje się pomagierka ortopedy.
Leczę się sama. Kuracja polega na zawinięciu kostki w liść kapusty, a organizmu w pled. Koło 21.00 telefon.
-Stefan Szwanke, mistrz ceremonii pogrzebowej. Uczestniczyłem w ostatniej drodze Mieczysława Rakowskiego- przedstawia się facet.
-Tym się zajmie rodzina- burczę.
-Ale ja nie w sprawie Pani pochówku, tylko tekstu- wyjaśnia Szwanke.
xxx
Równo tydzień po upadku wybieram się na kolację z zaprzyjaźnionym mecenasem i kardiochirurgiem, pozbawionym przez Izbę Lekarską prawa do wykonywania zawodu. Wojtek nie może przez 3 lata szyć ludzkich serc, nie dlatego, że były zastrzeżenia co do sposobu szycia. Ukarano go, bo ośmielił się donieść na przełożonego, że bierze łapówki. Wojtek siedzi w Norwegii i sobie chwali. Właśnie kupuje dom.
-Pokaż tego kulasa- żąda i między śledzikiem a kremem z pieczarek maca stópkę.
-Zwichnięcie, pęknięta torebka stawowa, trzeba usztywnić- diagnozuje.
Władek przypomina sobie, że na strychu ma paskudztwo do usztywniania.
Piszę to siedząc z usztywnioną nóżką, nasmarowaną jakąś mazią, opartą o piramidę poduszek, zgodnie z zaleceniami Wojtka.
20 listopada 2011r.
FANTASTYKA POLSKA
Zaobserwowane kilka dni temu.

23 października 2011r.
POLICJANCI I KIEROWCY
Szczebra. Policjanci zatrzymali do rutynowej kontroli tira z Estonii. Kierowca śmiał się do łez.
-Pan jesteś Brzęcz...?- zapytał stojącego najbliżej funkcjonariusza.
-Brzeczysz...
-Brzęczyszczykiewicz?- za którymś podejściem szofer poprawnie wymienił najtrudniejsze polskie nazwisko.
Lizak trzymał naczelnik augustowskiej drogówki.
-Aspirant sztabowy Dariusz Gawędzki- przedstawił się.
-Gawędzki... Żal, że nie Brzęcz...- zmartwił się Estończyk. Nie odrywał wzroku od komputera. Oglądał polską komedię "Jak rozpętałem drugą wojnę światową".
-Właźcie panowie, dokończymy razem- gościnnie zaproponował policjantom.
Funkcjonariusz wyciągnął alkomat. 2 promile alkoholu we krwi.
xxx
Tykocin. Złodzieje samochodów włamali się do pasata. Próbowali uruchomić wóz, bo mieli zamówienie na części i umówioną stodołę w sąsiedztwie, w której zamierzali rozłożyć volkswagena na śrubki. Przecięli odpowiednie przewody, złączyli je, ale metoda "na styk" zawiodła. Spróbowali raz i drugi, wreszcie zmęczeni usnęli. Obudził ich właściciel samochodu. Policjant.
xxx
We Wrocławiu pijany kierowca nie zauważył zmiany świateł na zielone, bo zasnął. Miał pecha, za nim stał radiowóz. Policjanci przyszli sprawdzić, czy nie zasłabł.
xxx
Policjanci ze Szczytna dostali informację, że oplem vectrą kieruje facet bez uprawnień. Pojechali we wskazane miejsce, vectry nie było. Klnąc na kłamliwych donosicieli wrócili na komendę. Poszukiwana vectra stała na policyjnym parkingu. W poczekalni podsypiał kierowca, 34 letni Marek J. Tak nawalony, ze nie potrafił powiedzieć, po co przyjechał.
13 października 2011r.
LWICA LEWICY
Pierwszą kobietą podlaskiej lewicy została niespodziewanie Małgorzata Bil- Jaruzelska. Bogdan Budzisz, szef Sztabu Wyborczego SLD w Białymstoku tłumaczył, że wprawdzie nie oddała zasług dla SLD, ale pochodzi z lewicowej rodziny i od roku należy do partii ("Nie" 36/2011r.)
Pierwszy argument jest śmieszny, gdyż SLD nie jest partią monarchistyczną. Co do przynależności partyjnej kandydatki- Budzisz skłamał. Rok temu lwica lewicy miała legitymację PO. Ciężko się dziwić, bo właścicielem teatru, w którym pracuje, jest samorząd województwa, w którym większość ma PO. Najważniejsza kobieta podlaskiej lewicy została przyjęta do SLD w sierpniu 2011r., kiedy zaczęłam o nią pytać. Czyli zapisała się do partii dużo później, niż została przez nią desygnowana na posłankę. Rozmawiałam o tym z Krzysztofem Zarębą, przewodniczącym Rady Wojewódzkiej SLD w Białymstoku. Pozyskanie członkini PO nadal uważa za sukces.
-Wyrwaliśmy ją PO- powiedział. Rozumiałabym jego radość, gdyby zdobycz nazywała się Barbara Kudrycka, była powszechnie rozpoznawalna i dawała gwarancję, że na jej placach wejdą do Sejmu mniej znani działacze Sojuszu.
Kudrycka pozostaje „jedynką” w PO. Małgorzata Bil- Jaruzelska najpewniej by się na listę kandydatów PO do Sejmu w ogóle nie załapała. Zakładam, że na początku lata 2011r., kiedy notowania SLD były niezłe, na pierwsze kobiece miejsce na liście Sojuszu i zmianę legitymacji udałoby się wyrwać więcej członkiń PO, które zorientowały się, że u Tuska nie mają szans na zaistnienie.
Małgorzata Bil- Jaruzelska jako kandydatka Sojuszu nie obnosi się z lewicowymi wartościami. Wabi na ulotce wszystkich, niezależnie od płci i poglądów politycznych. Hasło wyborcze ma takie: "Głosuj na kobiety. Są najlepszym przyjacielem człowieka". Nie wiadomo, czy to wystarczy na mandat, bo tradycyjnie osadzane w tej roli psy są wierniejsze, tańsze w utrzymaniu i wszędzie puchate.
6 października 2011r.
WAGA DO TIRÓW
Marszałek Schetyna niespodziewanie odwiedził Suwałki. Dobę wcześniej zrobił się popłoch, na czym ma przeciąć wstążkę, bo rządowych inwestycji w mieście co na lekarstwo. -Niech otworzy wagę do ważenia tirów- zaproponował jakiś bystrzak. Gospodarze miasta ucieszyli się, bo czemu w Suwałkach ma być inaczej, niż w pozostałej Polsce. Wprawdzie prawdziwki wiedzą, że waga waży od dawna, ale rząd nie. A to on ma być zadowolony na wypadek, gdyby udało mu się utrzymać przy korycie. Suwałki mają kojarzyć mu się z sukcesem, a nie miejscem, gdzie nic nie ma do otwarcia. No i rzecznik prasowy ratusza pierdolnął zaproszonko do gazet, żeby dopisali i nie było niespodzianek z okazji niespodziewanej wizyty. "Najprawdopodobniej o 12.30, ale dam znać z rana, jak będą nowe szczegóły".
Marszałek Schetyna przeciął wstążkę, wystawił lico do pamiątkowych fotografii i wrócił do stolicy kontent. Zdążył jednak powiedzieć, że obwodnicy Suwałk nie będzie i drogi szybkiego ruchu do Warszawy też nie. To znaczy kiedyś powstaną, ale nie w tym terminie, którym rząd do niedawna mamił.
Morał: w stolicy kindersztuba znaczy co innego, niż w północno- wschodniej Polsce.
27 września 2011r.
COCA COLA LEWICY
Michał Korol jest ekonomistą, prezesem Stowarzyszenia Obrony Praw Ojca w Siemiatyczach, antyklerykałem. Kandyduje do Sejmu z Ruchu Poparcia Palikota. Do niedawna szefował powiatowemu SLD w Siemiatyczach.
-Dlaczego zdradził Pan SLD?- zapytałam ostatnio.
-To Sojusz zdradził mnie i wspólnie wyznawane ideały- powiedział.
- Co Sojusz powinien mieć, aby tacy jak Pan- młodzi, przedsiębiorczy, z pieniędzmi nie uciekali do konkurencji?- drążyłam.
-Niewybaczalny jest romans SLD z Kościołem kat. Liderzy Sojuszu zapomnieli o świeckości państwa , aborcji , związkach partnerskich, likwidacji religii w szkołach. SLD nie jest już lewicą - zdenerwował się Korol.
Michał Korol wierzy w zwycięstwo Palikota i własne. Jak nie wygrają najbliższych wyborów, wygrają następne. Drugie miejsce na poselskiej liście dostał bez żadnych znajomości. Uważa, że jak Palikot postawił na niego raz, postawi kolejny. Że nie powtórzy kolejnego błędu SLD, który nie potrafił czy nie chciał tworzyć lokalnych liderów i budować ich pozycji.
-Klasyk powiedział "nieważne, co o Tobie mówią, ważne, aby nie przekręcali nazwiska", więc idąc tym tropem Palikot nazwisko ma. I poglądy zbieżne z naszymi. My kandydaci na tym jedziemy i to ma sens- zapewnia. -Jesteśmy jego uczniami, nasze słupki rosną, ale nikt nas nie posądzi o karierowiczostwo, bo na ten statek wchodziliśmy nie wiedząc jakiej jest wyporności. Znaliśmy tylko kapitana, i to z telewizji. tak było w moim przypadku .Palikot jest naszą Coca - Colą .
20 września 2011r.
MARSZAŁEK SZCZYPIE
Napisałam tekst, jak nie zostałam posłanką. ("SLD się wali", "Nie" 36/2011, http://www.nie.com.pl/art25211.htm) Jednym z bohaterów jest były marszałek województwa podlaskiego Janusz Krzyżewski, który miał otwierać listę kandydatów do Sejmu z tego regionu. Tuż przed rejestracją list Napieralski skreślił go z "jedynki", bo dowiedział się, że marszałek popełnił czyny sprzeczne z prawem. Czego dowodzi prawomocny wyrok sądu z 27 maja 2010r. Napisałam o fakcie nie rozwodząc się o szczegółach. Podobnie jak Janusz Krzyżewski mieszkam w Suwałkach i czasem spotykamy się na ulicy.
7 września 2011r. Krzyżewski zadzwonił, informując, że jest przeze mnie zniesławiony i poniżony. Żąda zatem, abym wpłaciła 5 tys. zł na Fundusz Wyborczy SLD oraz opublikowała sprostowanie. Nie wysyła go do redakcji, tylko do mnie, żeby mi nie robić koło pióra. Proponuje załatwić sprawę po cichutku.
Oto sprostowanie:
W nawiązaniu do artykułu w NIE nr 36 -tytuł "Lewica ...." wyjaśniam
,ze zawiera on nieprawdziwe informacje ,które mogą wpłynąć na
postrzeganie mnie przez ,mam nadzieje ,liczne rzesze czytelników NIE
,jako nieudacznika,aparatczyka i w ogóle "czarnego luda" I tak ,po kolei
: 1/ "Na początku RP prowadzili masarnię, ale padła" Otóż nie padła ,a
w rutynowej procedurze została sprzedana w czerwcu 1999 r.Firma
Rolmat ,której własnością była masarnia funkcjonowała do końca 2002 r
Wszystkie jej zobowiązania zostały zaspokojone. 2/" Został
przyłapany ....." Otóż zostałem " przyłapany nie przez prokuratora a
przez CBA -była to szeroko zakrojona i bardzo kosztowna operacja
polityczna z z udziałem służb antykorupcyjnych w Brukseli ?OLAF/ i z
tej wielkiej chmury spadł wyjątkowo mały deszcz .Te " niefajne sprawy "
to nieujęcie w oświadczeniu majątkowym kredytu w B.S. Suwałki..Skończyło
się to w Sądzie Rejonowym w Białymstoku umorzeniem warunkowym -czyli nie
karą jak sugeruje artykuł. Ten werdykt uniemożliwił mi wzięcie udziału w
wyborach samorządowych w ub.r ,natomiast ordynacja wyborcza do
parlamentu nie przewiduje takich ograniczeń biernego prawa wyborczego
,jak ordynacja samorządowa . 3/Napieralski.....Dopatrzył się ...."
-Nie wiem skąd Napieralski ma wiedzę o moim u babraniu w czymś
brudnym -mogę się tego tylko domyślać /--przestrzegę Napieralskiego ,ze
to wysoce wątpliwe źródło./
Moja odpowiedź z niewielkimi skrótami, nie wypaczającymi jej sensu:
1. Upadła masarnia. Mogę jedynie przeprosić w "Nie", że nie napisałam również o upadłym tartaku. Tadeusz Zamaro, wspólnik od masarni twierdził (zeznanie w aktach sprawy XVK359/10), że sprzedaż masarni nie zaspokoiła roszczeń wierzycieli, więc musiał wziąć kredyt. W tych samych aktach są listy wierzycieli, pozwy, wyroki przeciwko "Rolmatowi" z późniejszych lat.
2. W Polsce mamy taki system prawny, że nawet za Kaczorów nie było możliwe harcowanie CBA bez przykrywki prokuratury. Śledztwo w sprawie Janusza Krzyżewskiego nadzorowała prokurator Marzenna Milewczyk- Olszewska z Prokuratury Rejonowej Białystok- Południe.
3. Warunki umorzenia postępowania, które "nie zakończyło się karą": sprawa została warunkowo umorzona na czas próby wynoszący 2 lata, zasądzono świadczenie pieniężne w wysokości 6 tys. zł na cel wskazany przez sąd (Wielofunkcyjna Placówka Opiekuńczo- Wychowawcza "Jedynka" w Białymstoku), zwrot kosztów sądowych, kontrolę okresu próby co 6 miesięcy. Mówiąc inaczej, narzucono marszałkowi opiekę kuratora dla dorosłych przez 2 lata. Jeśli to nie jest kara, to co nią jest?
Cytuję z protokołu rozprawy z 27 maja 2010r.: "Krzyżewski przychyla się do wniosku prokuratora co do zasady wnosząc o zmniejszenie wysokości świadczenia pieniężnego na cel wskazany przez sąd". Sąd odrzucił wniosek, wyrok uprawomocnił się 5 czerwca 2010r. Rzecznik Praw Obywatelskich 12 maja 2011r. odrzucił prośbę o wniesienie kasacji.
4. Stan wiedzy przewodniczącego Napieralskiego, a także źródło jej pochodzenia nic mnie nie obchodzi.
Nie lubię, jak mnie szantażują. Szczegółowo przewertowałam akta XVK359/10. Jest tam kilka pięknych tekstów. Na przykład raport kuratora sądowego Stanisława Bogdana, który 16 grudnia 2010r. sprawdzał, jak się prowadzi Janusz Krzyżewski. Ograniczę się do końcówki: "Od dłuższego czasu do sądu w Białymstoku i obecnie kuratora sądowego żywi wrogość i urazę, szuka przyczyn niepowodzenia wszędzie, tylko nie w sobie (...) Owładnięty stanowiskową obsesją zaczął wyganiać mnie z domu (...) wpadł w furię, zagroził zepchnięciem ze schodów, wyrzuceniem z domu i spuszczeniem groźnego psa. Przy niekulturalnym zachowaniu padały niecenzuralne obraźliwe słowa".
14 września 2011r.
MAREK BERAK: MAM ŻAL DO TISCHNERA
Marek Berak to inżynier konstruktor. Przed sierpniem 1980 działał w opozycji demokratycznej. Współzałożyciel Solidarności w zakładach Metron w Toruniu, współzałożyciel Toruńskiego Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania, członek Zarządu Regionu NSZZ "S". Zwolniony z aresztu 1 września 1980r. na podstawie aneksu do porozumień sierpniowych. 13 grudnia 1981r. uniknął internowania. Ukrywał się przez 13 miesięcy do 25 stycznia 1983r. Był poszukiwany listami gończymi. Uczestniczył w tworzeniu ruchu "Non- Violance", radykalnej walki bez użycia przemocy z poszanowaniem przeciwnika. 26 stycznia 1983r. zażądał, aby zamknięto go w więzieniu w intencji uwolnienia więźniów sumienia, na co uzyskał osobisty placet ks. J. Popiełuszki. Usunięty z aresztu 26 lipca 1983r. Do 1989r. działacz Solidarności i Komitetów Obywatelskich. Oddał legitymację związkową 9 grundia 1990r., w przeddzień wyboru Wałęsy na stanowisko prezydenta RP z powodu upadku etosu Solidarności.
-Jakie idee Solidarności wytrzymały próbę czasu?
-Przykro mi. I wstyd. Nie ma takich. Socjalizm był piękną utopią. I ludzi miał wielkich. Solidarność to szczyt utopii bez wielkich ludzi.
-Latem 1980r. myślał Pan inaczej?
-Pragnąłem odsunąć od władzy PZPR, a jeszcze lepiej ją zlikwidować. Uwolnić się od ZSRR. No i zaszczepić ideały Solidarności w krajach socjalistycznych. Sądziłem, że wybudujemy drugą Japonię, w której wszycy ludzie będą żyli szczęśliwie.
-Oprócz działaczy nieboszczki PZPR i innych sługusów Moskwy?
-Razem z nimi. Marzyłem, że za wygraną pójdzie amnestia. Sprawiedliwość historyczna została przecież wymierzona, a mnożenie przeciwników jest błędem. Zwycięzcy nie opłaca się upokarzać pokonanego. Można go dobić albo podać rękę. Dobicie w kraju papieża- Polaka nie wchodziło przecież w grę. My wtedy wspólnie powinniśmy zawinąć rękawy i zabrać się do roboty. Gruba kreska Mazowieckiego była unikiem i parodią amnestii.
-14 sierpnia 1980r. stanęła Stocznia Gdańska.
-Ja tam zamierzałem jechać, kupiłem bilet na autobus. Odjeżdżał rano, więc poszedłem do jakiejś noclegowni. Koło północy mnie zwinęli. "Panie Marku, sytuacja jest trudna, tym razem będzie musiał Pan z nami zostać ze 2 miesiące"- oświadczył prokurator. Chciałem coś wziąć z domu. Podrzucili mnie, "proszę bardzo, niech pan bierze". Oni byli mili, ja w euforycznym stanie ducha. Chleb, praca, mieszkanie- to było. Teraz szło o Godność, Prawdę, Wolność. Był z nami Papiez, Bóg i cały świat. Stały za plecami hufce anielskie, a nawet Ronald Regan.
-31 sierpnia 1980r. podpisano porozumienia gdańskie. 1 września 1981r. wypuszczono Pana na wolność. Ponad półtora miesiąca przed terminem, bo Pana nazwisko znalazło się w aneksie do porozumień. Bez Pana na wolności ze zgody narodowej nici. Co Pan czuł?
- Przecież ja o tym nie wiedziałem. "Proszę zabrać rzeczy, do widzenia"- tyle usłyszałem od klawiszy.
-Nie zapytał Pan, skąd zmiana decyzji?
-W nas była nonszalancja. Nie.
-Niewielkim kosztem zmieniliście ustrój w Polsce.
-Taka była logika dziejów, on by się zmienił z nami czy bez nas.
-Nigdy nie był Pan torturowany, lżony, upakarzany przez esbeków?
-Jak mnie zwijali z ulicy to czasem chwycili za mocno, jak wozili suką, to naturalnie skutego. Ale przecież ja uciekłbym, żeby uniknąć aresztowania. Ja bym wyskoczył z samochodu, żeby się dało. Myślę, że mieli dobre procedury.
-Nie ma Pan żalu do nikogo za to, co się stało?
-13 grudnia 1981r. zostałem dyscyplinarnie zwolniony z "Metronu". Pod koniec lat 80-tych przyjęto ustawę, że tacy jak ja mogą wrócić do pracy. Ale powstała nowa Polska i nie było już tych zakładów. Nie mieliśmy gdzie wrócić. Moim kolegom rozum zasypał piasek podziemia. Mówili z dumą o tworzeniu klasy średniej zapominając, że jak jest klasa średnia, to jest ktoś na śmietniku. A jak się wpadnie do śmietnika, są małe szanse na to, aby stamtąd wyjść.To policzek wymierzony nam wszystkim. W latach osiemdziesiątych nosiłem Wałęsę na rękach, ale los go wyrzucił zbyt wysoko, a on sam nie potrafił zejść z piedestału. Wokół niego zgromadzili się ludzie przypadkowi, bez klasy. Rząd Mazowieckiego poszedł na populizm. My dobrzy, oni, komuniści- źli. Za prywatyzację majątku narodowego, którego wyzbyto się, jakby palił ręce dostaliśmy bony o wartości 20 zł. Niepotrzebne było klękanie przed Kościołem kat. Proszę zauważyć, jak mało mówi o narodowym przebaczaniu i pojednaniu. Ja to wszystko przeczuwałem, kiedy Wałęsa obejmował prezydenturę. Wtedy odszedłem z Solidarności.
Największy żal mam do ks. Tischnera. Napisał o etyce pracy i etyce solidarności. Powinien był napisać o etyce walki. Jak wygrać, żeby nie zaprzepaścić siebie, żeby nie zastygnąć z zaciśniętymi pięściami, żeby iść do przodu razem z niegdysiejszymi wrogami.
P.S. Rozmowa nieautoryzowana.
28 sierpnia 2011r.
RAK ALBO CIĄŻA
Sylwia zemdlała na jarmarku. Był 27 czerwca 2011r., duszno. Dziewczyna ma 17 lat, uczy się fryzjerstwa.
-Posadziłam na skrzynce po kapuście, dałam wody, poczuła się lepiej- opowiada matka. Wykazała nadzwyczajną troskę o dziecko, bo wysłała do lekarza. Ten na badania krwi do Wiżajn.
Zanim przyszedł oficjalny wynik, znajoma Kamińskich dowiedziała się od pielęgniarki, że coś poszło nie tak.
-Pani mieszka w tamtych stronach, więc niech ich pani powiadomi- poprosiła piguła.-Badania trzeba powtórzyć jak najszybciej. Zalecenia szły pocztą pantoflową dla dobra pacjentki. Liczył się czas. Kamińscy mieszkają za górami, za lasami, w Ługielach. 6 km od najbliższego asfaltu.
Z drugim wynikiem zapoznał Kamińskich lekarz. Ostra białaczka limfoblastyczna. Tak, rak. Tak, bardzo poważna choroba. 3 lata leczenia. Trzeba zacząć od przetoczenia krwi, przygotować się na przeszczep szpiku.
Matka musiała powiedzieć o tym Sylwii. Ciężko było.
-Jesteś ciężko chora.
-No raka masz.
-Ja?!!
xxx
Śmiertelne choroby mniejszych i większych dzieci to ulubione zapchajdziury w sezonie ogórkowym. Pokazują chorego Grzesia w telewizji i już cała Polska spieszy ratować dzieciaczka. Remontuje dom, zbiera pieniądze na leczenie, załatwia najlepszych lekarzy albo operację za granicą.
Wlokę się do Ługiel nie po to, żeby odkręcić narodowy kurek z forsą, ale napisać, na co może liczyć polska rodzina, kiedy zapuka do niej nieszczęście. Jak jest z sąsiedzką solidarnością i instytucjami istniejącymi, aby pomagać.
Kamińscy mają pięcioro dzieci, najmłodsze w szóstej klasie. 20 hektarowe gospodarstwo rozrzucone na wzgórzach. 12 lat temu strawił je pożar. Ubezpieczyciel odmówił wypłaty odszkodowania, bo zalegali z jedną ratą. O tym, że należało iść do sądu dowiedzieli się, jak roszczenia się przedawniły. Dom mają niewykończony, kryty eternitem, zagrzybiony. Za to stodoła porządna, odbudowana 2 lata temu. I nowiutki traktor, wzięty na raty.
Stałe dochody to dopłata unijna (13 tys. zł raz w roku) oraz zasiłek na dzieci (532 zł miesięcznie). Jak jest rok szkolny, dochodzi 100 zł na częściową refundację biletów dla uczących się dzieci. Kamińscy mają własne jajka, mięso, nabiał.
Najpewniejsza kasa jest ze sprzedaży mleka, ale mieszkają za daleko, więc mleczarnia nie chce odbierać. Krowy trzymają tylko do rodzenia. 5. Krowa urodzi, sama wykarmi. Cielaki, jak się je podchowa, idą na sprzedaż. Pod nóż. Cieliczki do rozrodu. Ceny...
Za ostatniego cielaka wzięli 1650 zł. Najlepiej opłacają się dwulatki. Cieliczki są droższe.
Wydatki stałe: raz na kwartał rata za traktor (1500 zł). Raz na kwartał KRUS (1030zł). Raz w miesiącu prąd (250 zł). Podatki nieduże, ziemia kiepska.
Dostają jeszcze częściowy zwrot wydatków na ropę. 80 groszy za litr.
Jak Sylwia zasłabła na jarmarku, Krystyna Kamińska miała tylko na bilety do domu. Jeden kosztuje 8 zł 60 gr. W kilka dni lekarze załatwili córce izolatkę na oddziale onkologii i hematologii dziecięcej w białostockiej klinice.
-Możemy zawieźć pacjentką karetką- zaproponowali. -Ale wy jechać nie możecie- uprzedzili.
Zdecydowali się na wspólną podróż swoim mistsubischi, rocznik 1990. Paliwo- 100 zł. Wieczorem wrócili, choć w klinice jest możliwość nocowania. Ale chcą 8 zł za noc. Kamińska kupiła 3 noce później, jak dali córce chemię.
xxx
W ostatnią niedzielę lipca był w Smolnikach odpust. Nauczycielka Sylwii zebrała od jej koleżanek miśki, lalki, malunki i urządziła aukcję "Dla Sylwii". Turystów było sporo, jakiś obrazek osiągnął cenę 200 zł.
-Panie wójcie, niech pan przebije!- zagadała któraś z bab do gminnej elity.
Odpowiedział proboszcz. Że się pomodli.
Turysta zapłacił i oddał obrazek, żeby mogli sprzedać go jeszcze raz.
-Ona chora albo tylko w ciąży. Jak młódka mdleje, to do wróżki iść nie trzeba- mówili o Sylwii sąsiedzi.
Smolniki są zadupiem o międzynarodowej sławie, więc na odpuście byli goście z zagranicy. Zebrano 2660 zł oraz 100 euro.
-Lekarze pomogli mi złożyć wniosek o zasiłek pielęgnacyjny. To ma być 150 zł miesięcznie- mówi Kamińska.
Ludzką twarz pokazała gmina. -Niech pani prosi o zasiłek okresowy, bo jednorazowo mogę dać tylko 600 zł. Z okresowego wyciągnie pani aż 1200 zł- poradziła urzędniczka.
Kamińska liczy. Podróż do Sylwii 44 zł 60 gr w jedną stronę. Stara się być 2-3 razy w tygodniu. Zawieźć jakiś smakołyk, bo córka ma zachciewajki po chemii. Ostatnio zażądała kapusty. -Nie wolno- zabronili lekarze. -Tylko bigos. Więc ugotowała bigos. Martwi się, co będzie, jak wypuszczą Sylwię na przepustkę? Dadzą receptę na leki. Za 1000 zł.
Dziewczynka schudła 10 kg. Może wychodzić na spacer na szpitalny korytarz, ale jedynie w masce. Zanikają mięśnie.
Humor jej się poprawił, jak dotarła do niej Fundacja "Masz marzenie".
-O czym ja marzę?- zapytała matki.
-Powiedz, co tylko chcesz, córeczko- poradziła kobieta.
-Konia chcę. Konia w gospodarstwie nie mamy- ożywiła się dziewczyna.
-Koń cię zabije. Bakterie...
Stanęło na komputerze. Z tym że w Ługielach nie ma internetu.
xxx
Konto Sylwii 07109027760000000116699224
15 sierpnia 2011r.
LEPPER
Dwa razy gościłam Leppera w swoim domu w Suwałkach. Wiosną 2001 roku, kiedy jeszcze był nikim i w czerwcu 2011roku, kiedy już był nikim. Powodem przyjazdów była chęć zaistnienia na miejscowym jarmarku. Ponieważ lubię pichcić, gadać i chętnie przygarniam ciekawych ludzi, podczas pobytu na suwalskim zadupiu stołują się u mnie działacze partii mało i średnio ważnych. Bo tych przy władzy przyjmują władze miasta. Wśród stołowników był np. Bronisław Geremek u schyłku PRL, zanim został posłem. Raz zjadł kartacze, czym wkurzył mojego ojca, bo to była porcja odłożona dla niego. Kolejnym wielki w owym czasie rarytas, czyli szynkę w konserwie, którą jakimś cudem udało mi się upolować.
-Nie zrobiłabyś śniadania dla Leppera?- zagadł do mnie w 2001r. ówczesny szef "Samoobrony" w Suwałkach. Zgodziłam się sądząc, że to będzie o przyzwoitej porze, powiedzmy między 8.00- 9.00.
Lepper przyjechał koło 5.00. Całą noc spędził w samochodzie, bo jechał z domu z Pomorza. Jeść nie chciał. Poprosił o kawę i cytrynę. Wycisnął sok do kawy, wypił. I zaczął pytać o miejscowe realia. To był mój monolog- długi. Koło 7.00 pojechałam razem z nim na bazar popatrzeć i posłuchać. Zrobił sobie mównicę ze skrzynek na warzywa, wdrapał się, przemówił. Ludzie przeciskali się jeden przez drugiego, żeby nie uronić słowa. Nie tykał spraw lokalnych, było widać, że przemówienie ma jedno i to samo niezależnie od tego, czy wygłasza je w Jeleniej Górze, czy pod Kutnem. Ludzie byli zachwyceni, bo mówił, co chcieli usłyszeć- że są ważni i powinni żyć lepiej.
W 2011r. wpadł o przyzwoitszej porze, koło 11.00 razem z Andrzejem Chmielewskim, wojewódzkim szefem "Samoobrony" i dwoma innymi facetami. Miałam białą domową kiełbasę, może coś jeszcze. Szybko zjadł i poszliśmy na taras pogadać. Autoryzowany tekst ukazał się w "Nie"-"Kandydat po nadużyciach", 26/2010r http://www.nie.com.pl/art23404.htm.
Lubiłam Andrzeja Leppera.
6 sierpnia 2011r.
A WÓJTA SIĘ BÓJTA
Przez 12 lat urzędowania wójt Stanisław Fiedorowicz należał do najlepiej ocenianych polskich samorządowców. Tężnie zamierzał stawiać, hotele. Zamienić biedne Szudziałowo w Japonię. Zaczął od fabryki pustaków i bruku, żeby mieć z czego zbudować resztę.
"Leciały krnąbrne głowy - rach ciach ciach, aż w obejściach wójtowych zapanował blady strach."
-Bóg dał nam piasek i wodę. Grzech nie wykorzystać- przekonał radnych oraz zwyczajnych obywateli. -A jak już Szudziałowo wybudujemy, pomożemy Warszawie!- wyjaśniał.
Skarbniczka gminy ośmieliła się powiedzieć wprost:- Pomysł z fabryką pustaków może dobry, ale kasa gminy pusta.
-Pieniądze spod ziemi wykop!- poradził wójt.
Osobiście doglądał budowy. Ignorował kosztorysy i plany, miał przecież wizję. Pochylał się nad robotnikami. -Nie, tutaj odpływ być nie może. Tam połóż rury. A dziurę na okno zostaw tutaj. Schody mają być o takie...- rysował palcem na piasku.- Nie, nie tutaj. Tam- pokazywał.
Rozpoczął budowę hali sportowej, bo gdzieś wyczytał, że można zgarnąć dofinansowanie z Brukseli.
"Trwałby ten strach po koniec wójta dni, aż osiedlił się w gminie jakiś facet z innej wsi. (...) Ej, wy, wy, ludzie, raz się w kupę wziąć spróbujta, niech wójt nie gnębi was, wy same zapanujta".
W 2006r. Fiedorowicz był jedynym kandydatem na najważniejszy urząd. W listopadzie 2010r. pojawił się Mariusz Czaban. Urodzony w Szudziałowie, mieszkający i robiący karierę w Białymstoku. Trzydziestoparolatek wyćwiczony w zagranicznych koncernach.
Stary wójt był pewien zwycięstwa. Przeżył szok, kiedy nie wygrał w pierwszej turze. Szudziałowo razem z nim. Dziwili się zwłaszcza miejscowi księża i batkowie. Tak nazywają tutejszych popów.
-Słudzy pana Boga daliby się pokroić za Fiedorowicza, bo gminne przetargi wygrywała jedna firma. Należąca do krewniaka księdza. Córka prawosławnego batki prowadziła sekretariat- zdradzają gminni urzędnicy.
Przetargi bada prokuratura. Zakupionych okien dachowych nie sposób zamontować w zakładzie od bruku, bo zapomniano o pozostawieniu otworów i całą powierzchnię dachu pokryto blachą. Schody są za wąskie, a odpływy zlokalizowane w złych miejscach. Zbiornik na żwir umieszczono w obiekcie, zamiast pod gołym niebem, bo ktoś nie pomyślał, że materiał będą dowozić ciężarówki. Bruksela nie przewidziała mozliwości wsparcia takich inwestycji, jak hala sportowa w Szudziałowie.
-Jak objąłem władzę, znalazłem w szufladach nieuregulowane faktury o wartości 900 tys. zł- wkurza się Czaban. -Niektóre na rzeczy niepotrzebne. Choćby metalowe schody, których nie mam gdzie wstawić.
"Następcą został ten, co wzniecił bunt, a gdy już poczuł pod nogami mocny grunt (...) w obejściach wójtowych nastał jeszcze większy strach". Regionalna Izba Obrachunkowa wszczęła raban. Dług gminy sięgnął prawie 65 proc. rocznego budżetu. Już przy 60 procentach RIO mówi o bankructwie.
-Interesuje mnie każdy tysiąc złotych- wykłada Czaban. -Kazałem wyłączyć oświetlenie na ulicach, połączyłem szkoły, zwolniłem nauczyciela i szkolne sekretarki, zabrałem pracownikom telefony komórkowe.
Poprzednik zatrudnił ludzi w zakładzie od bruku, ale produkcja z wielu względów nie idzie.
-Będę zwalniał- mówi Czaban. Nie ukrywa, że najchętniej dyscyplinarnie. Wystarczy, że ktoś wypije piwo w pracy. Zakładu musi się pozbyć. Sprzedać albo wejść z kimś w spółkę.
Były wójt nie chce ze mną gadać. W 15 osobowej radzie jest 8 radnych, którzy rządzą kolejną kadencję. Dlaczego przyklaskiwali mrzonkom Fiedorowicza?
-Nie zastanawialiśmy się za bardzo- zgodnie odpowiadają.
"Nie wiadomo, kogo bardziej trza się bać, czy tego wójta, co na ludzi grzmi, czy tych facetów z całkiem innej wsi".
Mimo czujności Reginalnej Izby Obrachunkowej kilka lat temu z dnia na dzień okazało się, że podtoruńska gmina Brzozie jest bankrutem. Dług wynosił ok. 6 mln zł, a roczny budżet 5,2 mln zł. Nie zadziałały mechanizmy ochronne, bo dokumentacja finansowa była fałszowana. Przez kilka lat zamiast składek gmina wysyłała do ZUS sfałszowane dowody przelewów. Urzędniczki ubezpieczyciela nie sprawdziły, czy w ślad za nimi wpływają jakieś pieniądze. Proceder wydał się przez przypadek. Ot, ktoś sprawdził stan swego konta i oskarżył ZUS o złe księgowanie. -Przepraszamy, to wina systemu- sumitował się ZUS, aż gminna skarbniczka przyznała się do przestępstwa. Dopiero po wybuchu sandalu RIO odkryła, że przez jakiś czas samorząd w ogóle nie prowadził ksiąg rachunkowych.
Stanisław Fiedorowicz zdradził lokalnej gazecie, że gdyby pozostał wójtem, o bankructwie Szudziałowa nie byłoby mowy. Wiadomo, liczyć można rozmaicie.
W ubiegłym roku na ok. 2900 jednostek samorządu terytorialnego 17 znalazło się na progu bankructwa (w 2009r. -7). Aż 157 jest niebezpiecznie blisko (w 2009r.- 62). Zadłużenie samorządów rośnie w lawinowym tempie. Trudno je precyzyjnie oszacować, bo gminy coraz chętniej wypuszczają obligacje albo zaciągają pożyczki w instytucjach międzynarodowych.
Bankructwo gminy nie jest możliwe w sensie prawnym, bo nie przewiduje tego ustawa o upadłości. Tylko w sensie praktycznym. Komornik zajmie urząd, ośrodek zdrowia, szkoły... Wyjściem jest np. przejęcie gminy przez sąsiednią. Ostatnio przydarzyło się to Oliwie, którą w 1926 roku połknął Gdańsk.
26 lipca 2011r.
W tekście wykorzystałam fragmenty piosenki Wojciecha Młynarskiego.
PALEC NIE WYTRZYMAŁ
Przyszła do mnie Krysia z Warszawy. Lat 32, bezrobotna. Włożyła rączkę do magla. Przyuczała się do zawodu u krewnej, chciała otworzyć własny biznes. Krewna zdjęła z maszyn osłonki, żeby gruba pościel się nie zwijała, bo klienci nie lubią zgnieceń. Magiel zdjął z Krysinej rączki skórę i ścięgna. Trafiła do Szpitala Praskiego. W trakcie leczenia ucięto jej jeden palec, inne są przykórczone. Na doleczenie wysłano do fachmanów z Siemianowic Śląskich i to był błąd.
-Przecież gdyby wsadzili rękę do komory tlenowej, nie zostałaby pani inwalidką- złapał się za głowę doktor.
Krysia miała nadzieję, że w stolicy nie ma komory tlenowej, stąd zniechanie.
-Ależ jest- zdumiał się medyk ze Szpitala Praskiego, którego poprosiła o wyjaśnienia. -Ale trzeba byłoby wozić panią na zabiegi karetką. Pani wie, jakie to koszty?- zapytał.
Krysia leżała kilka tygodni w Siemianowicach, ale cud się nie zdarzył. Ma przed sobą operacyjne usprawnianie ręki. Nie wiadomo, ile kosztowało zrobienie z Krysi inwalidki i ile zapłacimy, żeby mogła normalnie funkcjonować.
Przy okazji podobnej sprawy, która miała miejsce w Bydgoszczy prokurator Agnieszka Adamska- Okońska z Prokuratury Rejonowej Bydgoszcz Północ uświadomiła mi, że sprawiedliwość w takich przypadkach ma pod górę. Szpitale są zadłużone, dyrektorzy nalegają, aby lekarze leczyli jak najtaniej. Nie sposób zarzucić medykowi przymuszonemu do liczykrupstwa działania z premedytacją. On chciał dobrze, więc brak podstaw do wszczęcia śledztwa z urzędu nawet, jeśli rezultat woła o pomstę do nieba.
20 lipca 2011r.
RAZ, DWA, TRZY, DO SEJMU WEJDŹ I TY
Mniej wpływowe partie wprowadzą do Sejmu jednego posła z regionu, góra dwóch. Prawdopodobieństwo dostania się do Sejmu z dalszych miejsc list SLD czy PSL jest takie, jak trafienie szóstki w totku. Dopóki listy nie są zarejestrowane, politycy boksują się z partyjnymi kolegami chwytając się wszystkich metod. Ważne jest tylko, żeby wiedza o napierdalance nie przeniknęła do opinii publicznej.
GÓWNO
PSL dorobił się w podlaskim jednego posła. To Jan Kamiński, w przeszłości wicemarszałek województwa. Kamiński ma córki. Miał posiadłość nad Wigrami, ale przepisał ją na swoje panny. To one postanowiły otworzyć "Pensjonat nad zatoką". W tym celu napisały biznes plan i wystąpiły do Urzędu Marszałkowskiego -tatuś był wówczas wicemarszałkiem- o dotację z funduszy unijnych. Szło o 200 tysiączków, ale między wódkę i zakąskę wcięła się Najwyższa Izba Kontroli. Kobiety zdążyły zainkasować 50 tysiączków, kiedy kontrolerzy zauważyli, że wprawdzie wniosek o dotację jest o.k, lecz dane we wniosku pochodzą z sufitu. "Poświadczenie nieprawdy, wyłudzenie dotacji"- zagrzmieli i polecieli do prokuratury.
Kamiński nie krył, że jak każdy tatuś chce ustawić swoje dzieci, ale zapewnił, że nie miał nic wspólnego z fałszowaniem wniosku ani z łaskawym przyjęciem go przez biurwy z Urzędu Marszałkowskiego. Jako wicemarszałek nie podpisał niczego, co było związane z córkami. Córki oddały, co wzięły wbrew prawu i dobrowolnie poddały się karze.
Wtedy wyszło na jaw, że jeden z budynków córeczek jest samowolą budowlaną.
-Do rozbiórki!- zdecydowali w Wigierskim Parku Narodowym. Nikt nie miał wątpliwości, jak chata skończy, bo parkowi za pomocą prokuratora ścigają nawet takich, którzy ośmielą się postawić na terenie chronionym dom na kołach i co dzień przesuwają go o metr.
Niedawno Ministerstwo Środowiska kazało parkowym zmienić zdanie w sprawie córek posła rządzącej koalicji. Wszystko wskazuje na to, że samowola w parku narodowym zostanie zalegalizowana. Nie chcę tu oceniać, czy to dobrze, czy źle. Z pewnością decyzja jest niecodzienna. "Skandal. Dowód, że są równi i równiejsi. W jakim świetle stawia to partię!"- rozkrzyczeli się partyjni koledzy Kamińskiego. Lokalny lider PSL Wojciech Dzierzgowski, na co dzień wicewojewoda nie miał wątpliwości, że jeśli Kamiński w ogóle znajdzie się na liście kandydatów do parlamentu, to nie w charakterze głównego dania. Wielu PSL-owców chciało, aby przez tę kadencję Kamiński odpoczywał. Grzechami posła nakarmiono media, bo gówno lepiej przywiera kiedy rzuca nim ktoś, kto nie ma w tym bezpośredniego interesu.
Demokratyczne budowanie list w PSL polega na tym, że w teren jadą pełnomocnicy i robią, co uważają nie oglądając się na emocje prawdziwków. Jan Kamiński dostał jedynkę i będzie lokomotywą Wojciecha Dzierzgowskiego, który załapał się dopiero na pozycję szóstą. Na konferencję prasową, podczas której prezentowano kandydatów Kamiński nie przybył. Nie miał czasu. Dzierzgowski ocenił, że walka o miejsca na liście "była bardzo fair".
PATRON
Jacek Żalek został posłem, startując z 15 miejsca listy PO. Zainwestował w bilboardy na kółkach, które rozstawił w podlaskich miasteczkach. Ludzie potykali się o łańcuchy, spinające przyczepy z latarniami. Niektórzy psioczyli, inni zatrzymywali się przy przeszkodzie.
-Ładny chłopak- mówiły kobiety. -I widać przedsiębiorczy- chwaliły. -Lepiej taki, niż rutyniarz, który wszystko ma na tacy- oceniały.
Jako poseł najważniejszej partii Żalek nie rzucał się w oczy. Dopiero ostatnio bardzo się uaktywnił. Prezentował ulubioną muzykę w lokalnym radio zaczynając od ścieżki dźwiękowej z filmu "Waleczne serce", a także urządził przed Prokuraturą Okręgową konferencję prasową informując, że oto składa doniesienie o przestępstwach prezesa jednej ze spółdzielni mieszkaniowych.
Niezależnie od swojej aktywności powinien znaleźć się w pierwszej dziesiątce kandydatów, jak wszyscy urzędujący posłowie. Jednak jego nazwiska nie ma na liście wcale. Powód: Jacek Żalek trzyma z przewodniczącym regionalnej PO posłem Damianem Raczkowskim. Co jest złego w trzymaniu z lokalnym liderem? Ano, lider jest słaby, w regionie wciąż trwa walka o władzę i centrala co rusz musi zjeżdżać gasić pożary.
-Nie będę walczyć o siebie, ale koledzy się o mnie upomną- obiecał Żalek lokalnym dziennikarzom i przyszłym wyborcom.
W ostatni weekend upomniał się Damian Raczkowski. Oprócz Żalka walczył o Cezarego Cieślukowskiego, członka zarządu województwa. "To mocne nazwiska, dadzą nam sukces"- przekonywał. Żaden z protegowanych nie wszedł na listę.
-Miejsca nie otrzymałem w wyniku gry politycznej. Tak niektórzy koledzy pozbywają się konkurencji- skomentował Żalek, który wciąż wierzy, że Tusk się opamięta.
6 lipca 2011r.
ŻONA
Małgorzata Szmajdzińska przed śmiercią męża bezskutecznie starała się o mandat warszawskiej radnej. "Chcę kontynuować dzieło tragicznie zmarłego męża"- oświadczyła po tragedii smoleńskiej. Wyborcy nie dociekali, czy dzieło wicemarszałka Sejmu i posła siedmiu kadencji można kontynuować w jednej dzielnicy, czy piaskownica nie jest za mała. Szmajdzińska została radną okręgu Ursynów- Wilanów. Tym razem zdobyła dużo, bo ok. 10 tys. głosów.
Małgorzata Szmajdzińska jest prawniczką, działaczką stowarzyszenia Akademia Wilanowska, angażuje się w życie społeczne Wilanowa,
Szmajdzińska nie wypełni wyborczych zobowiązań. Wybiera się do Sejmu. Żeby było śmieszniej przypuszczalnie z Dolnego Śląska, bo stamtąd zawsze startował mąż. Pojechała do Legnicy, która nadała Szmajdzińskiemu tytuł honorowego obywatela, uczestniczyła w odsłonięciu tablicy ku jego czci, zawierała przyjaźnie. Dlaczego zdecydowała wystawić do wiatru wyborców z Ursynowa i Wilanowa?
"To jest bardzo miłe, kiedy przychodzą faceci do kobiety i mówią: chcemy, żebyś wystartowała. To jest oczywiście ogromny kredyt zaufania. Ja wyraziłam zgodę, żeby podjąć tę próbę"- powiedziała jednej z gazet.
1 lipca 2011r.
IKONA
Szczypałam się w siedzenie, obserwując jak SLD układa listy do Sejmu w Warszawie i tzw. wianuszku podwarszawskim. Katarzyna Piekarska chciała być pierwsza z Warszawy. Identycznie Ryszard Kalisz. W pewnym momencie ona oświadczyła, że zamienia stolicę na wianek. Grzegorz Napieralski napomknął, że dowartościowała Kalisza na jego prośbę. Ona się oburzyła, bo wymyśliła to sama. Publicznie oskarżyła przewodniczącego Sojuszu o kłamstwo.
Piekarska przegrała wybory poselskie w poprzedniej kadencji. Dostała się za to w listopadzie 2010r. do rady województwa mazowieckiego. W trakcie wyborów obiecała ludziom mnóstwo konkretnych rzeczy. W zamian dostała dużo, bo ponad 40 tys. głosów. Dokładnie 7 miesięcy po wyborach radna Piekarska nie chce już otwierać żłobków i przedszkoli tak, aby do 2014r objąć opieką 80 procent milusińskich. Teraz chce zasiadać w Sejmie i stanowić prawo. Tyż piknie, jak mawiali górale.
Ale decyzję zmiany okręgu mogłaby uzasadnić nie waląc publicznie po buzi partyjnego szefa. Nie wygłupiać się stwierdzeniami "mnie nie można przesuwać", bo życie uczy, że można przesuwać nawet pomniki. Czy nie praktyczniej byłoby z godnością przypomnieć swoje słowa z kampanii samorządowej, że Warszawianki mają większą świadomość swoich praw, niż kobiety z mazowieckich wsi i miasteczek. Więc kampania Piekarskiej do Sejmu, prowadzona na podwarszawskich zadupiach będzie kampanią na rzecz równości płci. Pokaże kobietom z Falenicy i Zielonki, że można i że warto. Taka demonstracja jest sensem jej politycznego istnienia. Więc ona kandyduje z "wianuszka", bo to jest jej wewnętrzna potrzeba i właściwie nigdy nie brała pod uwagę łatwizny, jaką jest dla kobiety jej pokroju mandat poselski z Warszawy.
27 czerwca 2011r.
ARMATĄ W SĄSIADA
"Sąsiad zabił mi kota, a Wam kogo?"- pisze Aneta. "Nazywał się Nuruś, miał przecudowne żółte oczy, lekko nakrapiane, nigdy nie widziałam piękniejszych. I nie zobaczę, bo go nie ma, a sąsiad żyje. Moja nienawiść niestety nie odesłała go w zaświaty, choć byłam przekonana, że samym uczuciem go ukatrupię. Czy go w końcu unicestwię? Cóż, myślę nad tym..."
Aneta wysłała list do wszystkich mailowych znajomych. Odpowiadamy zgodnie z podaną przez nią listą adresową, bo przecież właśnie w końcówce maja 30 europejskich krajów świętuje Dzień Sąsiada, któremu patronuje Komisja Europejska. Uroczystości wspiera Komitet Regionów, "Gazeta Wyborcza" nawołuje do łamania stereotypów, że sąsiedzi są upierdliwi, bo odkurzają po 23.00 i biorą prysznic nad ranem.
"Sąsiad zabił spokój u mnie w domu, bo nakablował mężowi, że niby całuję się z Maćkiem pod domem i on widzi. Co on widzi jak jest ciemno, zresztą się nie całujemy, bo mamy świadomość, że świnia kupiła lornetkę. Ja się z Maćkiem zwyczajnie przyjaźnię, przed domem mógł mnie w policzek cmoknąć najwyżej".
"Nic mi sąsiad na razie nie zabił, ale to kwestia czasu. Mój Bobik, skrzyżowanie rotwailera z kundlem pobawił się z jego kotkiem. No, musiałam z mężem kotka posprzątać. Pan Zenek przestał odpowiadać na dzień dobry, jakby to była nasza wina, że jego kot gapa".
"Mam psychola za sąsiada, który przez 12 godzin na dobę wymiotuje mi nad głową, zaczyna akurat wtedy, jak próbuję spać. A sąsiadka rozgniotła mi chomika, mówiła że to wypadek, ale jak można usiąść na chomiku i nie poczuć, fakt dupsko ma grube, ale otyłość nie powinna przecież zabijać zakończeń nerwów, chomik na pewno się ruszał".
"Ja sąsiadów unikam, zrobiła na mnie wrażenie sprawa z Kłucka, pamiętacie w spożywczaku sąsiad spotkał sąsiada. Jeden kupował cukierki landrynki, a drugi nie pamiętam co. Od słowa do słowa zrobiła się kłótnia, a potem wyższy sąsiad przyskoczył do niższego, zacisnął zęby na nosie, coś chrupnęło, niższy zalał się krwią, ludzie patrzą, a tu po podłodze turla się czubek nosa. Na szczęście terakota była czysta, a niższy był z żoną, która wzięła od ekspedientki folię do pakowania mięsa, wrzuciła do niej nos i zawiozła ślubnego i nos w torebce do szpitala w Kielcach. Nos przyszyli, teraz posiadacz nowego- starego nosa ma takiego nosa do sąsiadów, że z metra wyczuwa świnię. Podobno wyprowadził się do pustelni".
xxx
Mieszkałam w szeregówce, też miałam sąsiadów i dobrze nam się żyło, aż w listopadzie 2007r. ktoś zapukał do drzwi.
-...owski jestem- zagadał wysoki mężczyzna. -Prześladowski- usłyszałam i nie wiem do dziś, czy dobrze, choć podsunął mi pod nos legitymację. -Policja. Chcielibyśmy się rozejrzeć. Pani wyraża zgodę, czy mamy wracać po nakaz?- grzecznie zapytał.
Wpuściłam panów do środka i z fascynacją obserwowałam, jak patroszą chałupę.
-Czego szukacie, może pomogę?- napraszałam się gościnnie, bo byłam urzędującą miejską radną. Bez efektu.
-Mam!- wrzasnął ten, który grzebał w ręcznikach i z satysfakcją na gębie wyciągnął spod sterty małe pudełeczko z tektury. Nie kumałam, co kryminalnym z kolczyków z perłami, które kupiłam córce na gwiazdkę i schowałam, żeby nie znalazła przed czasem, ale szybko się wyjaśniło, że nic. Zawartość pudełka rozczarowała moich gości. Po wybebeszeniu domu rozejrzeli się po garażu, a także kanciapie pod schodami.
-Pani jej nie zamyka?!- zdumiał się któryś.
-Zamykam, nie widzi Pan? Na skobelek- wyjaśniłam.
-To każdy może Pani narkotyki podrzucić- zgorszył się stróż prawa.
-No to co? Ja i tak nie używam- zdziwiłam się.
-Siedzieć Pani pójdzie- burknął. -Sąsiad podrzuci jakieś świństwo, doniesie organom i po Pani- wyjaśnił.
-Ale przecież widzicie, że kanciapa otwarta?! Jak mogę odpowiadać za miejsce ogólnie dostępne?- zaliczyłam mega bulwers.
-Otwarta, nie otwarta- jakie to ma znaczenie? To pani będzie dowodzić, że niewinna. Łatwo nie będzie- pouczył.
-Czy ja teraz jestem podejrzewana o posiadanie prochów?- zapytałam przejęta.
-Pani o nic nie jest podejrzewana, ale sąsiedzi donieśli, że mamusia szanownej pani podrzuciła im...- zawiesił głos.
Do dziś nie wiem, co konkretnie moja 75- letnia matka, inwalidka pierwszej grupy miała podrzucić do piwnicy sąsiadów, ale to były jakieś militaria. Naboje, broń, a może armata. W każdym razie miała (miałyśmy) odpowiadać co najmniej z art. 263 par. 2 kk, mówiącego o nielegalnym posiadaniu broni. Zagrożenie do 8 lat paki. Za nielegalne podrzucanie nielegalnie posiadanej broni kara jest pewnie większa.
Po rewizji ciągano nas na przesłuchania, które w mojej ocenie były miłe, bo gadałam z policjantami o życiu, zaś mojej matki o mało nie wyprawiły na lepszy świat.
-Twoja wina, bo premier Kaczyński i nasz poseł Jarosław Zieliński nie lubi "Nie"!- warczała wieczorami rodzicielka. Bo ostatni raz miała do czynienia z mundurowym wiosną 1940r, ale to był esesman, który dał jej cukierka. Z godnością odpowiadałam, że przecież to nie ja jestem podejrzewana o podrzucenie broni do piwnicy sąsiadów. A potem, jak już premierostwo objął Tusk, żeby powściągnęła swoją niezasadną nienawiść do PiS.
Na początku 2008r., dokładnej daty nie pamiętam, policjanci zapytali, czy zgodzimy się na pobranie testów DNA. Facetowi, który dzwonił w tej sprawie było tak głupio, że i mi się zrobiło głupio.
-Jeśli Panu jest tak łatwiej, badanie nie boli, a nasze państwo na to stać...- powiedziałam. Byłam świeżo po lekturze reportażu o bezkarnych gwałtach, zamieszczonego bodajże w "Wyborczej". Policja podejrzewała kilku panów, ale nie zdecydowano się na zrobienie testów DNA, bo są drogie.
Jak już analityk policyjny pobrał próbki, na korytarzu dopadł nas Prześladowski. Rozejrzał się, czy aby nikt nie widzi, pochylił nade mną i szepnął konspiracyjnie: -Ja mam dobrą radę, od serca. Panie sprzedadzą ten dom i wyniosą się gdzieś indziej. I zniknął. Nie zdążyłam zapytać, gdzie jest bezpiecznie.
xxx
Nie wiem, kiedy skończyło się dochodzenie w sprawie podrzucenia przez moją mamę armaty do piwnicy sąsiadów. Nikt nas nie poinformował, bo przecież nie byłyśmy stroną w tej sprawie. Przez cały czas miałyśmy status świadków.
Dom w szeregówce sprzedałam kilka miesięcy później. Wybudowałam domek na olbrzymiej 3 500 metrowej działce ogrodzonej bardzo wysokim płotem.
13 czerwca 2011r.
TATUŚ
Aleksander Kwaśniewski poskarżył się "Super Expressowi", że prezydent Komorowski nie zaprosił go na spotkanie z prezydentem Obamą.
"Czuję o to żal. Czuję się ojcem polskiej demokracji, chociażby ze względu na urząd, który sprawowałem, mój udział przy pracach nad konstytucją czy przy okrągłym stole. Niestety, jak to bywa w życiu, na wdzięczność nie ma co liczyć. Widać obecna władza ma taki pomysł, by udział innych grup w procesie demokratyzacji, a szczególnie polskiej lewicy, zmarginalizować. Chcą nas po prostu z tej historii wygumkować. To przykre"- narzeka.
Dziennikarz pyta, czy nie boli lewicowego Kwaśniewskiego, że komunizm upadł. Przyzwoitość nakazywałaby odpowiedzieć, że obalając komunizm Polacy nie marzyli o bezrobociu czy wyprzedaży majątku narodowego za grosz. Wszak Kwaśniewski miał się znakomicie w czasach PRL i został wybrany na najwyższy w kraju urząd z powodu komuszego epizodu w swoim życiorysie. Uczynili go swoją twarzą ludzie PRL, bo przecież nie abepe Glemp.Głosowali na niego wszyscy, którym nowa Polska dała w kość.
"Jestem bardzo zadowolony, że do tego doszło (upadku komunizmu- przyp. B.D.)- preoruje Kwach nie przejmując się, że tak mówić mu zwyczajnie nie wypada.- Uważam, że upadek komunizmu jest jednym z najważniejszych wydarzeń w skali światowej. Tamten system dokonał żywota przy stosunkowo niewielkiej liczbie ofiar w fazie końcowej. To, że dzisiaj możemy żyć w kraju wolnym i demokratycznym, opartym na zdrowych zasadach gospodarki, gdzie mamy otwarte granice, a młodzi ludzie mogą kształcić się, gdzie chcą, to wspaniałe epokowe osiągnięcia".
Dalej jest jeszcze żałośniej. Dziennikarz zauważa, że jednak nie wszystkim Polakom podoba się nowa Polska tak bardzo, jak ikonie polskiej lewicy. 4 czerwca 2011r. niezadowoleni protestowali pod domem Wałęsy.
"Oczywiście, istnieją grupy, które można nazwać sierotami transformacji, ale jest ich zdecydowana mniejszość"- bagatelizuje Kwaśniewski tych, z którymi powinien trzymać. "Mamy rok wyborczy, każda manifestacja jest jakoś uwikłana politycznie. Jeżeli protestuje się przeciwko komuś, to ktoś inny ma w tym interes. Ale to też wspaniałe osiągnięcie naszej demokracji, że każdy może wyrazić swoje zdanie. W tamtej epoce manifestacje się rozpędzało, teraz nie. Czasy zmieniły się na korzyść"- zapewnia.
Absurdalny jest zarzut Aleksandra Kwaśniewskiego, że obecna władza chce zmarginalizować lewicę. Po co, skoro lewica tak pięknie marginalizuje się sama?
8 czerwca 2011r.
LITEWSKI NAUCZYCIEL NIE ZNA JĘZYKA LITEWSKIEGO
Strajk w szkołach. Wszystkie lekcje po staremu, czyli po polsku. Tak będzie od września 2011r. w polskich szkołach na Litwie, choć tamtejszy parlament przyjął ustawę, że geografia i historia Litwy ma być nauczana w języku państwowym. Szykuje się zatem wielka awantura, która pogorszy i tak już napięte stosunki między Warszawą i Wilnem.
Ustawa została przyjęta kilka miesięcy temu. Polacy kłamliwie twierdzili, że polskim szkołom na Litwie zabiera się przywileje, dostępne dla litewskich szkół w Polsce. Odwiedziłam litewskie szkoły w gminie Puńsk, miałam w rękach grafiki pracy szkół. Sporne przedmioty są wykładane po polsku. Czyli Litwini dopasowali swoje prawo do prawa polskiego i do obowiązujących standardów. Bo przecież nikt nie wymaga, żeby w polskich szkołach na Ukrainie wykładano po polsku historię Ukrainy.
Po co nam wojna z Litwą- nie wiem. Wiem, że do niej dojdzie wcale nie z powodów pryncypialnych, choć to o nich będą tokować media. Prawdziwa przyczyna oporu wileńskich poedagogów przed językiem państwowym jest taka, że starsi nauczyciele w wieku przedemerytalnym nie znają języka litewskiego. Wyobraźmy sobie, że nauczyciele z Puńska nie znają polskiego. Albo że Polacy z Opola mówią wyłącznie po niemiecku.
3 czerwca 2011r.
KARTA NIEZGODY
Białoruś zamierza zwalniać z pracy w państwowej administracji mieszkańców, którzy mają Kartę Polaka, jeśli z niej nie zrezygnują. Telewizja Biełsat doniosła, że projekt "O obronie narodowych interesów Białorusi" jest przygotowywany w Ministerstwie Sprawiedliwości. W Polsce jest postrzegany jako kolejny dowód zamordyzmu i polskożerczości Łukaszenki.
Jak wiadomo na Białorusi funkcjonują dwa Związki Polaków. Jeden uznawany przez Warszawę, drugi przez Mińsk. Kartę przyznaje wyłącznie ten pierwszy. Odmawia Karty dla wybitnych działaczy polonijnych, jeśli działają w niesłusznym związku. Nie dostała Karty np. Leonarda Rewkowska ze Słonimia, która w swoim domu prowadzi polską szkołę. Nie ma Karty Polaków szef legalnie działającego Związku Polaków ani np. redaktor naczelna pisma "Znad Niemna", bo wydawcą jest probiałoruski Związek Polaków. Karta nie łączy, ale dzieli. Jest traktowana przez Polskę jako nagroda dla osób, zwalczających reżim Łukaszenki.
W lutym 2011r. na wniosek białoruskich parlamentarzystów Karta Polaka została poddana ocenie tamtejszego Sądu Najwyższego. Uznał, że nie jest zgodna z prawem międzynarodowym, bo nie traktuje jednakowo całej polskiej mniejszości i Polska próbuje za jej pomocą wtrącać się w wewnętrzne sprawy Białorusi. Trudno się dziwić, że w tej sytuacji rząd zamierza zapytać zatrudnione przez siebie osoby, czy może liczyć na ich lojalność.
29 maja 2011r.
SPŁUCZKI KLOZETOWE
Przestępcy działają pod wpływem emocji albo z wyrachowania. Z nerwów dają w pysk koledze, duszą niewierną małżonkę, wyrzucają przez okno psa, bo szczeka. Na zimno oszukują, żeby zdobyć papu bądź bardziej luksusowe dobro.
Bernard ma 22 lata i na koncie wiele przestępstw. Wszystkie popełnione dla rozrywki, można powiedzieć- bezinteresownie. Wmówił czterem firmom wynajmującym karetki pogotowia w Warszawie, Grodzisku, Bochni i Krakowie, że uczestniczy w programie pilotażowym firmowanym przez wojewodę, a finansowanym przez UE, który ma sprawdzić, jak działa polski system ratownictwa. Firmy dały mu samochody naszpikowane medyczną techniką i ludzi. Woziły Bernarda wystrojonego w czerwony uniform ratownika, gdzie chciał. Nadal obsługiwałyby nie istniejące wypadki, aż przez przypadek któraś natknęła się na pożar. Zawiozła zaczadzoną kobietę do szpitala. -Przecież tej karetki nie ma w systemie ewidencji- zdumiał się szpitalny buchalter. -Skoro karetki nie ma, to może nikt nie zpłaci nam za ratowanie ofiary?- pomyślał. Zaczął sprawdzać i zrobiła się afera.
Bernard nie stracił animuszu. Wybrał się na wycieczkę po zachodnich stolicach. Wyczarterowanym helikopterem, bo przecież tak jest wygodniej. Firma od helikopterów opłaciła hotele i samochód, żeby nasz bohater mógł bez przeszkód podziwiać piękno Paryża.
W którymś momencie nabrał ochoty na kwiaty. No i przysłano mu kosze ciętych róż i bratków.
Nie chce mi się wyliczać, co jeszcze zmalował młodzieniec, zanim dorwała go Prokuratura Rejonowa w Szczytnie. Od razu wysłała do aresztu. Może w obawie, że swoją potrzebą psot i nadzwyczajnym darem przekonywania namówi ministra sprawiedliwości, aby pozwolił mu zlustrować stan spłuczek klozetowych we wszystkich polskich więzieniach.
26 maja 2011r.
POCZOPEK
"Tam gdzie diabeł mówi dobranoc, a dzień dobry Zjednoczona Europa"- przedstawia się położone nad białoruską granicą Nadleśnictwo Krynki. Leży tylko 40 km od Białegostoku, w sercu Puszczy Knyszyńskiej, w Poczopku. Pięknie tutaj. Jednak nie uroda miejsca powaliła mnie na kolana, ale pasja nadleśniczego Waldemara Sieradzkiego. Chce pokazać to miejsce ludziom. Stworzył tu Silvarium, czyli ogród leśny z mnóstwem lokalnych ziół, kolekcję zegarów z unikalnym fenologicznym zegarem słonecznym i Muzeum na Skraju Puszczy. W Muzeum można poznać choćby życie ula czy mrowiska, bo mają przeszklone części, żeby bez przeszkód przyglądać się pszczelim i mrówczym rytuałom. Zarówno pszczoły jak i mrówki wychodzą na zewnątrz.
-Głowiliśmy się, co zrobić, żeby nie wyniosły się gdzieś indziej. Żeby po spacerku wracały. Dotyczy to zwłaszcza mrówek- opowiada gospodarz. -W końcu zamontowaliśmy lampę przypominającą słońce. Zaczyna świecić od rana, z każdą godziną intensywniej, po południu jest mniej dokuczliwa, w końcu gaśnie. Mrówki polubiły sztuczne słońce. Już się nie przeprowadzają- opowiada z dumą.
Niedaleko leśniczówki łazi stado bocianów. -Wybudowaliśmy szopę, żeby chore ptaki miały gdzie przezimować- tłumaczy Sieradzki. -Dołączyło do nich kilka zdrowych leniuchów. Dokarmiamy je dwa razy dziennie. Zwłoka w podaniu posiłku powoduje, że podchodzą pod kuchnię.
Do tej pory las kojarzył mi się z systemem zakazów. Nie wolno wchodzić, bo zagrożenie pożarowe i można zniszczyć runo. Silvarium i reszta atrakcji Poczopka jest dostępna zawsze.
12 maja 2011r.
ŻENADA
Jak wiadomo, USA udało się zgładzić bin Ladena i świat się cieszy. Oczywiście z wyjątkiem Al- Kaidy, która zapowiada rewanż a także paru profesorków twierdzących, że USA dokonały morderstwa. Przekonują, że terrorysta nie miał broni, więc należało go pojmać i skazać na śmierć w procesie sądowym.
Tragedia w Nowym Jorku miała miejsce 10 lat temu. Natychmiast rząd USA zapowiedział, że bin Laden poniesie za zamach odpowiedzialność. Rozumiałabym obnoszenie się z jego śmiercią, gdyby amerykańskim służbom udało się go znaleźć i zabić w 10 dni. 10 lat poszukiwań rodzi wątpliwości co do jakości służb specjalnych supermocarstwa. To żenada, nie wiktoria. Choćby z tego względu należało zrobić swoje bez hollywoodzkiej pompy. A w rachunku zysków- strat wypadało uwzględnić również element zemsty. Generalnie czym ciszej nad trumną, tym mniejsza ochota na rewanż.
Wczoraj Polska świętowała rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Bo to druga taka po amerykańskiej. Chce się powiedzieć: zależy, jak liczyć. Niektórzy nie przyznają prymu USA, ale konstytucji Filipa Orlika z 1710r. ewentualnie korsykańskiej z 1755r. Tak czy siak z powodu uchwalenia konstytucji majowej zdradziły nas Prusy i zaatakowała Rosja. W efekcie na 123 lata straciliśmy niepodległość. Marzę, żeby Polska zaczęła świętować jakiąś wiktorię, a nie wyłącznie katstrofy. Konsekwentnie, bez ustanku uczymy nasze dzieci, jak fajnie jest przegrywać.
4 maja 2011r.
PRZYJAŹŃ SEKSUALNA
Podwoziłam znajomego oficera Straży Granicznej. Jest związkowcem, zorientowanym, co boli ludzi strzegących naszch granic naturalnie poza faktem, że granic już prawie nie ma i formacja traci sens istnienia.
-W Straży mamy najwięcej rozwodów ze wszystkich służb- zdradza i patrzy na mnie badawczo.
-Nieźle się trzymasz- konstatuje. Opowiada o przyjaźniach seksualnych, bo to związki dające satysfakcję i w ogóle nieuciążliwe. Gada, aż wreszcie zbiera mu się na wspomnienia.
-Stasiek wszedł w taką przyjaźń z koleżanką- funkcjonariuszką- opowiada. -Wszystko szło ślicznie, aż Ela przysłała mu na maila zdjęcie swojej cipki. No i zobaczyła je żona. Stach przyleciał: "co robić?" Wymyśliliśmy jakąś historię wiarygodną, żeby się ślubna uspokoiła. Kupiła opowieść, wszystko było cacy, Stasiek podziękował, ale po trzech miesiącach wniosła o rozwód...
-Dlaczego?- pytam.
-Bo to Białorusinka była, jebana rasa. Detektywa wynajęła, dowody zgromadziła. Te wschodnie strasznie zawzięte!- pieni się pasażer.
-No i co?- dociekam.
-Mieszkanie musiał oddać i dzieci- wścieka się związkowiec. -Przyleciał do mnie z bekiem. Co mam poradzić? Czy ja jestem jakaś pierdolona Armia Zbawienia? Ja jestem kurwa Straż Graniczna!
Historię opowiadam bez ukrytych intencji, ku pokrzepieniu niewieścich serc.
28 kwietnia 2011r.

NIECH SIĘ DARZY I ZIELENI! WESOŁYCH ŚWIĄT!
24 kwietnia 2011r.
EKSHUMACJA
Niektóre rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej pragną ekshumacji bliskich. Ks. Henryk Błaszczyk nazywa to żądanie szaleństwem. Przypomina, że wiara w Chrystusa zakłada pogodzenie się z losem, czyli z wyborami Boga. Żądanie jest jednak szalone z bardziej prozaicznych powodów. Ciała były nie tylko zmasakrowane, ale rozłożone już w chwili, kiedy wkładano je do trumien. Spowodowała to temperatura eksplozji.
-Byłem przy identyfikowaniu zmarłych- opowiada znajomy lekarz. -Zarzuca nam się teraz, że nie umyliśmy ciał, nie potraktowaliśmy ich wystarczająco godnie. Rodzina jednej z ofiar twierdziła, że rozpozna krewniaka, bo miał pieprzyk pod łokciem. Pojechaliśmy do chłodni. Wziąłem gazik, przetarłem wskazane miejsce. Warstwa oleju i ziemi zeszła razem ze skórą i kawałem tkanki...
Zwłoki zapakowano do specjalnych szczelnych trumien z metalowymi wkładami. W jakim stanie są teraz? Znawcy przedmiotu twierdzą, że przy otwarciu zachowają się, jak bomby. Naturalnie nie nastąpi wybuch niszczący pól miasta, ale efekt nie będzie przyjemny dla najbliższych.
Wśród najgłośniej żądających ekshumacji jest córka pewnego posła. Przyleciała do Moskwy identyfikować ojca, ale w końcu nie zdecydowała się zobaczyć trupa. Identyfikacji dokonał kierownik biura poselskiego zmarłego. Sierotę mocno bolały dziąsła, więc zamiast fatygować się do chłodni postawiła na nogi całą polskę ekipę medyczną. Teraz okazuje się, że nie jest pewna, czy w grobie leży tatuś i nie może z tym żyć.
-Czemu o tym wszystkim nie opowiedzieliście publicznie?- pytam doktora.
-Bo nikt nie podjął się tej roli. Baliśmy się reakcji rodzin, opinii publicznej...- rozkłada ręce.
22 kwietnia 2011r.
PIEŚŃ PATETYCZNA O SMOLEŃSKU
Kumpela córki przysłała mi link do piosenki Martina Lechwicza. „Nie pójdę po zakupy… bo Smoleńsk. Nie sprzątnę klatki chomika… bo Katyń. Nie pójdę pracować u Niemca… bo Grunwald…” (cytuję z pamięci). Przesłanie: Polacy mają tyle różnych określeń na ból, cierpienie i tragedię co Eskimosi na śnieg . I te uczucia tak samo uniemożliwiają nam normalność.
http://www.youtube.com/watch?v=wk6sZirAZ9o
15 kwietnia 2011r.
NAPADY I PORWANIA
Prawie każdego dnia ktoś w Polsce napada na bank i ktoś kogoś porywa. Jednorazowo bank traci średnio 19,5 tys. zł, więc nie opłaca się inwestować w strażników i skomplikowane alarmy. Z raportu, przygotowanego przez Instytut Bezpieczeństwa Gospodarczego wynika, że napad na bank nie jest czynnością skomplikowaną. Żadnych podkopów, łamania szyfrów. Podchodzisz do okienka, żądasz kasy. Jak lala nie kuma, mówisz, że to napad. Dobrze mieć przedmiot przypominający broń, choć może być nóż, łatwopalna ciecz, skiekiera, kamień, a nawet klamka czy łyżeczka do herbaty. Ona daje szmal, ty zwiewasz. Cała akcja trwa minutę. Co ciekawe, najwięcej napadów na banki odnotowuje się w województwach z małym bezrobociem. Złodzieje to amatorzy, których nie ma w policyjnych bazach danych, więc bransoletki dostaje tylko co trzeci.
Równie źle jest z wykrywalnością sprawców porwań. Białostockiemu biznesmenowi porywacze ucięli palucha, a mimo to nie żąda ukarania katów. -Myśmy tak sobie rozmawiali, rozeszliśmy się w zgodzie- twierdzą oni. Jeszcze gorzej mają policjanci z porwanymi, którym podczas porwania nie uczyniono wielkich szkód. -To była zabawa. Nic się nie stało- zapewaniają wszystkie strony. Wystarczy poczytać policyjne notatki, żeby zorientować się, że porwania stają się coraz powszechniej stosowanym sposobem perswazji. W Katowicach porwano pana młodego, żeby się zastanowił, zanim spaprze sobie życie. Pod Myszkowem kasjerkę ze stacji benzynowej, bo sprawcy jechali na imprezę, a nie mieli baby. Na Podlasiu mechanika samochodowego, bo nie naprawił w porę samochodu.
13 kwietnia 2011r.
POTRÓJNE OBCHODY KATASTROFY
W moich Suwałkach trzeba świętować obchody katastrofy w Smoleńsku cały dzień. W przeciwnym razie podejmie się decyzję polityczną, wymierzoną w lokalny samorząd bądź posła PiS Jarosława Zielińskiego.
Samorząd w osobie prezydenta Czesława Renkiewicza poleciał do Smoleńska i z trudem nakopał zmarzniętej ziemi do dwóch urn, które 10 kwietnia 2011r. pogrzebie na lokalnym cmentarzu. Pod obcym, nieprzyjaznym niebem ojciec miasta w gajerze i płaszczu osobiście ruszał łopatą. Przeszkadzała nie tylko zmarzlina, ale zwały śniegu. Pomagał ks. Jarema Sykulski, pełnomocnik biskupa, który wprawdzie nie kopał, ale za to nadzorował i błogosławił. Uroczystości miejskie związane z pochowaniem wykopaliska rozpoczną się 10 kwietnia 2011r. o 16.00 mszą w największym kościele św. Aleksandra odprawianą przez bepe Jerzego Mazura.
-Przecież tupolew rozbił się rano!- wykrzywił się na ten scenariusz poseł Zieliński. I zaprosił prawdziwków na 8.41 do Parku im. Konstytucji 3 maja pod Dąb Wolności. Dokładnie w rok po tragedii postawi tam fotografię Pary Prezydenckiej, a my będziemy mogli zapalić świeczki, uronić łzy i pogrążyć w refleksji. Uwaga! Jeśli udamy się na miejsce zbiórki samochodami, należy podróżować naciskając klakson. Uwaga: przed wyjściem z domów powiesić flagi ozdobione kirem. Po wszystkim PiS-owska fisza naturalnie też zaprasza na mszę, ale do innego kościoła i bez biskupa. Co dowodzi, że Kościół kat. marnie ocenia wyborcze szanse partii osieroconego bliźniaka.
Pisanie tej notki przerywa mi telefon. Dzwoni zaprzyjaźniony mecenas, rycząca prawica. -10 kwietnia świętuj z nami- zaprasza. Robi mi się niedobrze, a on ciągnie jakby nigdy nic: - Na Litwie, bo tam nie będzie zniczy. W wodnym parku rozrywki w Druskiennikach. Mam miejsce w samochodzie no i najlepiej wyjechalibyśmy w sobotę wieczorem- planuje.
8 kwietnia 2011r.
LUKSUS ZA 2 TYSIĄCE
Andrzej mieszka w Katowicach. Ma własnościowe mieszkanie w wielkiej płycie, chorą żonę i wypłatę, którą czasem dostaje a częściej nie, bo firma jest w upadłości. Złożył podanie o zasiłek mieszkaniowy. Dochody były wystarczająco niskie, a dwa pokoiki i ślepa kuchnia wystarczająco małe. Ale zamiast kasy przyszła pani z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej sprawdzić, że może Andrzejowi pomaga jakaś wróżka i w realu ma się lepiej, niż wynika z kwitów. Ustaliła, że rodzina ma całkiem nowy telewizor LCD 22 cale, a także Poloneza. Samochód skończył 15 wiosen i jego wartość rynkowa kręci się wokół 2 tysięcy złotych, ale najgorszy rupieć jest kosztownym zbytkiem, bo trzeba płacić za ubezpieczenie i paliwo.
-Jak Pana stać na utrzymanie samochodu, to niech Pan nie wyciąga łapy po szmal na mieszkanie- pouczyła.
Jeśli Andrzej odwoła się od decyzji gminy Katowice, ma wygraną w kieszeni. Przyzna mu rację Samorządowe Kolegium Odwoławcze bądź sąd.
W Polsce wypłaca się zasiłki mieszkaniowe 5 milionom rodzin, kosztują 0,8 mld zł. Samorządy kombinują, żeby ich nie płacić, a także głośno oskarżają państwo, że wprowadziło kosztowny przepis, na który nie daje dotacji. Ostatnio rząd wymyślił zatem, że zasiłki powinny się należeć jedynie najemcom mieszkań socjalnych, komunalnych i spółdzielczych. Właścicielom- nie. Andrzejowi- nie. Jak go nie stać na utrzymanie własności, powinien ją sprzedać i wynająć coś stosownego. Nowela wejdzie w życie od nowego roku.
W realu będzie to wyglądać tak: pozbawiony zasiłku Andrzej nie sprzeda mieszkania i nie wyniesie się do wynajętego, gdyż ruina w wielkiej płycie jest guzik warta. Przestanie płacić za eksploatację oraz na fundusz remontowy. Zadłuży się, zostanie zlicytowany i wyeksmitowany. Teoretycznie do mieszkania socjalnego, w którym będzie mógł skorzystać z zasiłku mieszkaniowego.
Sęk w tym, że wolnych mieszkań socjalnych w Polsce nie ma.
4 kwietnia 2011r.
WIOSNA
Na Wigrach jeszcze gruby lód, kąpać się można jedynie w przerębli. Od bani Jana Walulika ze Starego Folwarku do dziury jakieś 100 metrów. Pędzę boso, choć strasznie niewygodnie, bo pod stopami kamyki. -Masaż- zachwala gospodarz. Przerębla wybita obok pomostu i drabinki, po której można zejść do wody, ale na przerębli też lód. Choć cienki nie pęka pod ciężarem ciała. Walulik klnie i leci po młot. Po chwili zamaczam się po szyję. -Jeszcze twarz- poucza. Nie czuję zimna, tylko ulgę. Kilka minut wcześniej w bani zaliczyłam masaż, a właściwie okładanie całego ciała rózgami zasuszonej zeszłorocznej brzozy z maleńkimi liśćmi. Oraz witkami dębiny. Zgdonie z nauką, którą Walulik posiadł od starowierów, co chwilę polewał miotły wodą i grzał nad piecem. Bił, aż poprosiłam o litość. Nie z bólu, ale z gorąca, które było nie do wytrzymania. Można się umówic, telefon 606421237.
A w ogródku wylazły śnieżynki, krokusy i pierwsze stokrotki.
31 marca 2011r.
ZABOBONY
Burzowe ekscesy powstrzyma zapalona świeca postawiona w oknie. Staropanieństwu zaradzą okruchy poświęconego chleba zawinięte w szmatkę, zawieszone w rogach mieszkania. Na reumatyzm pomaga lanie wosku. Na wszystkie choroby woda z "kryniczki" i okadzanie dymem z ziół. Aby przekazać płynącą z nieba uzdrawiającą energię, należy zataczając koła pocierać kostki u nóg. W ten sam sposób strąca się zło. Ryczące niemowlę wystarczy przełożyć pod spódnicą, koniecznie przed drzwiami, główką na progu. Problemy z poczęciem rozwiąże kolorowa wstążka. Zainteresowana winna dotknąć nią Pisma Św. podczas czytania Ewangelii, a potem przewiązać w pasie...
Porady spisałam pod chałupą szeptunki Wiery w Orli. Dom łatwo rozpoznać, bo w pobliżu parkuje kilkanaście samochodów z rejestracjami od Poznania po Gdańsk. Pod gabinetem lekarza rodzinnego zauważyłam jeden miejscowy. Czy dziewięćdziesięciolatka pomaga? Pacjenci są przekonani, że tak, tyle że trzeba wierzyć. Nikt z długaśnej kolejki nie był pewien- w Boga czy w moc Wiery.
Kilka godzin później gadam ze znanym politykiem.
-Wiera, Orla?- powtarza.- Zabobony wyśmiejesz?- pyta.
Opowiadam, jak kilka godzin przed wizytą podczas kombinowania, na co poskarżę się szeptunce, kiedy przed nią stanę, bo przecież nie mogę zdradzić, że przyjechałam w celach poznawczych rozkwasiłam palec w prawej nodze i już niczego nie musiałam wymyślać.
-Niejadkiem byłem. Przed kilkudziesięcioma laty rodzice zawieźli mnie do Orli do Wiery, a może jej matki- wspomina poseł, który do szczupłych nie należy. -Prosili o apetyt. Rozsypała nad moją głową jakiś popiół no i popatrz, jak pomogło...
22 marca 2011r.
POSZUKIWACZKA ZAGINIONEGO KSIĘDZA
Zakończył się proces Ewy R oraz proboszcza Tadeusza R, kochanków z Torunia oskarżonych o podrobienie dokumentu w celu wyłudzenia kredytu na zakup mieszkania.
Przypominam fakty: ks. Tadeusz R., proboszcz parafii na toruńskich Bielawach zniknął 26 października 2009 r. Ewa R, naukowiec z doktoratem, oskarżyła miejscową kurię o porwanie i przetrzymywanie partnera. Pani R uważała, że on nigdy dobrowolnie nie usunąłby się z jej życia oraz z życia ich dziecka. Kuria oświadczyła, że nie przetrzymuje księdza. Prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa. Jakiś czas później podjęła inne - z doniesienia biskupa - i oskarżyła kochanków o produkcję lewego kwitu o dochodach (m.in. "NIE" nr 43/2010 http://www.nie.com.pl/art23939.htm).
Sąd Rejonowy w Toruniu stwierdził, że para dopuściła się zarzucanego czynu. Ewa R. została skazana na 4 miesiące więzienia w zawieszeniu na 2 lata, grzywnę w wysokości 3 000 zł oraz zwrot kosztów sądowych w wysokości 1 400 zł. Proboszcz identycznie, z tym, że w związku z mniejszymi dochodami ma zapłacić tylko 1500 zł grzywny i 800 zł kosztów sądowych.
Tadeusz R. doznał szoku, kiedy usłyszał wyrok. Podszedł do sędziego, prosząc o wyjaśnienia, dlaczego go krzywdzą?
Sąd mógł być łagodniejszy. Oskarżeni nie byli wcześniej karani, bank ani nikt inny nie poniósł materialnej straty, na sfałszowanym dokumencie ksiądz zaniżył, a nie zawyżył swoje pobory (podał, że osiąga dochód w wysokości 3600 zł, podczas gdy wyciągał 4000 zł). Ale warunkowe umorzenie postępowania uwłaczałoby powadze zawiadamiającej o przestępstwie kurii, nie wspominając już o prokuraturze.
Nie surowość kary jest tu jednak ciekawa, ale tzw. okoliczności towarzyszące przestępstwu. Oskarżeni chcieli szczegółowo opowiedzieć, dlaczego po 25 latach nienagannej kapłańskiej posługi biskup Andrzej Suski odciął się od podwładnego, jakby był trędowaty. I dlaczego użył do tego celu policji i prokuratury. Sędzia pilnował jednak, żeby mówili na temat. Czyli wyłącznie o sposobie spreparowania kwitu. Mimo tej cenzury w trakcie procesu udało się ks. Tadeuszowi i jego konkubinie wyjawić kilka kuriewnych tajemnic. Np. wyjaśniło się, dlaczego księża unikają brania zaświadczeń o zarobkach u pracodawcy, czyli w kurii. Bo trzeba szczegółowo wyjaśnić, jakie dobro materialne wzburzyło spokój kapłańskiej duszy, odpalić stosowną ofiarę, potem dla uczczenia zakupu kolację. Więc łatwiej wypisać zaświadczenie samemu. Księżowskie zaświadczenia o zarobkach są na ogół fałszowane, o czym wiedzą zainteresowane banki. W każdym razie bank, wybrany przez naszego bohatera wiedział, co dostał. Mimo to nie tylko nie zawiadomił oragnów ścigania o przestępstwie, ale przyznał kredyt na podstawie fałszywki!
Z zeznań wynika, że to nie jawne trwanie proboszcza Tadeusza R. w grzechu, czytaj życie z konkubiną na plebanii spowodowało, że zaczął mieć problemy ze zwierzchnikami. Oczekiwali, że będą mieć coś z tego związku dla siebie. Kiedyś obowiązywało prawo pierwszej nocy, pan powinien rozdziewiczyć wychodzącą za mąż podwładną. W Kościele kat. o dziewice ciężko, ale mogłoby się przyjąć np. prawo co siódmej nocy. Sześć dla tego, kto babę pozyskał, siódma dla jego szefa.
-Od 12 lat jeden z najwyższych toruńskich hierarchów zabiegał o moje względy i jako mężczyzna nie uzyskał nic- zeznała dr Ewa R.
-Mamy dowody, że inny dostojnik jest gejem, od wielu lat zakochanym w Tadeuszu- oświadczyła.
Chciała podać funkcje i nazwiska. Naturalnie mogła kłamać, tylko po co?
Każdy wie, że Kościół kat. nie ma zwyczaju publicznie prać swoich brudów. Wniesienie do prokuratury oskarżenia urzędującego proboszcza jest ewenementem, które ciężko wytłumaczyć. Chyba, że wchodzą w grę emocje. Choć to proboszcz Tadeusz R. został skazany, kuria straciła więcej. Myślę o dobrym imieniu kierownictwa diecezji, zarządzanej przez bepe Suskiego, przewodniczącego Komisji Duchowieństwa Episkopatu Polski, czyli najważniejszego kadrowca polskiego Kościoła kat.
A to dopiero początek. Skazani zapowiedzili skargi do pozarządowych instytucji, broniących praw człowieka oraz Prokuratury Generalnej. Ta ostatnia ma zbadać, dlaczego Prokuratura Okręgowa w Toruniu zlekceważyła zawiadomienie o przestępstwie przetrzymywania Tadeusza R. przez kurię wbrew jego woli, złożone przez Ewę R.jesienią 2009r. Bo jak się okazuje, wcale nie udał się na dobrowolne leczenie, jak zapewniła w specjalnym oświadczeniu kuria. W rzeczywistości podwładni bepe Suskiego zamknęli go w domu rekolekcyjnym na jakiejś wsi, strasząc, że zrobią krzywdę również jego partnerce, jeśli nie będzie posłuszny.
15 marca 2011r.
4500 KM STĄD
„Ostatnie chwile przed wejściem do samolotu”. „Prezydentowa jak zwykle radosna prawie wbiegła na pokład, a za kilka dni przewitałem ją w trumnie”. „Kto odtworzy z ruchu warg rozmowę prowadzoną przed wejściem na pokład tupolewa”. Streszczam z pamięci, ale taki jest sens tytułów otwierających newsy z kolejnych dni na Wirtualnej Polsce.
Od kilkunastu dni jestem na Fuertewenturze. -Z powodu niepokojów w Afryce przyjeżdża o 15 proc. więcej gości- podkreślają miejscowe gazety i liczą, jak to ożywi gospodarkę. Wśród europejskich potentatów typu Neckerman wymieniają polskie biuro podróży Itaka, bo przysyła co tydzień dwa dodatkowe boeingi. -Zróbcie wszystko, aby goście zechcieli do nas wrócić- apeluje kanaryjski rząd.
Koło naszego bungalowu stoi kamienna kaczka. Na wczoraj zapowiedziano deszcz. Przed załamaniem pogody pokojowe starannnie ubrały straszydło wyraźnie spodziewając się naszej aprobaty.

Caleta de Fuste, 8 marca 2011r.
POLSKA NIE DLA REWKOWSKIEJ
Białoruski parlament skierował Kartę Polaka do białoruskiego Sądu Konstytucyjnego, aby zbadała zgodność dokumentu z prawem międzynarodowym. To rzecz nowa. Trzy lata temu Aleksander Łuksaszenko przekonywał, że nie należy się Kartą przejmować. W jego ówczesnej ocenie nie była w stanie zaszkodzić Białorusi.
Oficjalne wyjaśnienie zmiany stanowiska jest proste. Parlamentarzyści otrzymali skargi osób niezadowolonych ze sposobu, w jaki jest przyznawana Karta Polaka i wynikające z niej przywileje. Chodzi o bezpłatną wizę, możliwość kształcenia się i leczenia w Polsce, a także podjęcia pracy zarobkowej. Skargi złożyli zwyczajni obywatele a także Związek Polaków, uznawany przez Mińsk. Na Białorusi działają dwa zwalczające się związki Polaków- ten drugi uznawany jest i finansowany przez Warszawę. Wyłącznie on ma prawo przyznawania Karty Polaka.
Białoruscy politycy dają do zrozumienia, że zaakceptowaliby Kartę Polaka i wynikające z niej przywileje, gdyby można je było uzyskać według czytelnych, narodowych kryteriów. W ocenie Łukaszenki Karty powinni otrzymać wszyscy obywatele białoruscy narodowości polskiej, którzy się o nią ubiegają. Niestety Polska uczyniła z Karty marchewkę, którą nagradza wyłącznie rodaków, zwalczających reżim Łukaszenki. Nie dla psa kiełbasa. Działacze legalnego Związku Polaków współpracujący z białoruskim rządem i parlamentem nie mają co liczyć na przywileje. Ba, ich nazwiska znalazły się na liście osób, którzy nie mają prawa wjazdu do Polski.
Przy okazji ostatniej dyskusji o Karcie Polaka deputowana Maria Birjukowa opowiadała o Leonardzie Rewkowskiej. Pisałam o tej wybitnej działaczce na rzecz polskości rok temu
"Gorsza od Łukaszenki" („Nie” 21/2010r.)- http://www.nie.com.pl/art23256.htm.
Rewkowska mieszka w Słonimiu, w 1954r. wróciła ze zsyłki w Kazachstanie. Od 1993r. prowadzi szkołę społeczną. Było dla niej nieistotne, pod czyimi auspicjami uczy dzieci polskich literek aż okazało się, że ucząc języka polskiego została wrogiem RP. Bo należy do niewłaściwego Związku Polaków. Od 2005r. jest na liście osób nie mających prawa wjazdu do Polski. Umieszczono ją tam na żądanie naszego MSZ.
7 marca 2011r.
ODCZYNIANIE NA ŚNIADANIE
Dominika marzyła o świadectwie z czerwonym paskiem, więc przed maturą podpisała cyrograf. Poszło jak z płatka, ale na studiach dopadła ją depresja. Znalazła homeopatę wyspecjalizowanego w poprawianiu nastrojów. Ten odesłał do egzorcystki. Kobieta nie miała kłopotu z diagnozą. -Ależ w Pani przebywa duch zmarłej osoby!- odkryła. -Na szczęście nieuciążliwy- dodała szybko. Ponieważ współistnienie z duchem trupa niekorzystnie wpływa nawet na cerę, Dominika postanowiła poddać się terapii i odprowadzić intruza do Światła. Cykl zabiegów 300 zł. Pełna skuteczność. Duch zniknął, ale pojawił się kolejny duch. Na szczęście dla Dominki na jej drodze stanął kapłan, wyspecjalizowany w modlitwach o uwolnienie. Wróciła do Boga, duchy do piekła.
Beata czytała horrory, szczególnie chętnie Grahama Mastertona. Zaczęła mieć koszmary. Na początku granica między snem i jawą była wyraźna. "Boję się, nie mogę krzyknąć, zaraz się obudzę"- podświadomie kombinowała. Była coraz bardziej zmęczona, wydawało jej się, że nie śpi, a nadal tajemnicze, groźne postacie rosły nad jej łóżkiem. Ksiądz zauważył, że ma zalękniony, rozbiegany wzrok. Uzdrowił ją przez modlitwę. Kiedyś znów zapragnęła Mastertona, ale wcześniej poradziła się Pana Boga. W tym celu otworzyła Biblię na chybił- trafił. A tam Jezus mówi do uzdrowionego, by nie grzeszył więcej.
Krystyna zgubiła drogę do Boga w dzieciństwie. Jako dziecko nie lubiła chodzić na msze, bo zawsze podczas komunii robiło jej się niedobrze. Do kościoła goniła ją matka, ojciec był ateuszem, spędzał niedzielne południa na oglądaniu filmów. Jak dorosła, kupiła pierścień altanów, karty do tarota i inne rekwizyty niezbędne do okłamywania ludzi. Związała się ze starszym o 20 lat, żonatym mężczyzną. Potem kolejnymi. Szukała ojcowskiej miłości, znalazła pustkę i długi. Ale pewnego dnia zobaczyła nad sobą zielone oczy. Potem ścianę zielonych oczów. Wtedy do pokoju wpadła siostra z wiadomością od Jezusa. -Wokół setki demonów czyhają na twoją duszę- poinformował. Krystyna podjęła walkę. Karty do tarota nie chciały się palić, książki wydawały pod wpływem ognia przerażający świst. Niszczyła rekwizyty przeszłości i modliła się przez dwa dni. Wróciła na łono Kościoła kat. Wygrała.
Przykłady pochodzą z portalu egzorcyzmy.katolik.pl. Wszystkie mają identyczny sens. Diabeł istnieje, każdy kto traci więź z Kościołem kat. ryzykuje opętanie, wyzwolenie może przynieść jedynie egzorcysta w sutannie. Egzorcystę wyznacza właściwy biskup, w każdej diecezji jest ich 2-3, w Polsce około 70. Lżejszymi przypadkami może się zająć ksiądz specjalizujący się w modlitwach o uwolnienie.
-W Polsce panoszą się fałszywi egzorcyści działający pod nazwą egzorcysta, bioenergoterapeuta, wróżka, mag- uprzedza portal. Łatwo do nich trafić, gdyż to ich reklamy zajmują najlepsze domeny internetowe, pełno ich w mediach i telewizji. Często przy uwalnianiu swoich klientów posługują się imieniem Bożym. Co sprytniejsi cytują Ewangelię, co jest nieuprawnione. Bywa, że powołują się na cytat z Jezusa, który zamiast zdenerwować się na wieść, że w jego imieniu ktoś przepędza złe duchy oświadczył uczniom, że nie szkodzi, ponieważ "kto nie jest przeciwko nam, jest z nami". Taka rozszerzająca interpretacja jest dzisiaj zdaniem Kościoła kat. nieuprawniona, gdyż Kodeks Prawa Kanonicznego potępia oszukańczych egzorcystów bez sutann. Zresztą egzorcyzmy są szczególną formą błogosławieństwa, a do błogosławienia potrzebny jest kapłan. Ostatni argument jest taki, że wygnanie diabła to początek drogi, która musi skończyć się szczerym nawróceniem dręczonych. No i egzorcyzmy trzeba odprawiać w pomieszczeniu z wizerunkiem ukrzyżowanego Chrystua, Najświętszej Marii Panny i aniołów.
Portal cytuje za tajemniczym źródłem amerykańskim, że opętane może być 90 proc. populacji. Z pewnością problem staje się coraz dotkliwszy, gdyż duchy przywołuje mnogość okultyzmu, spirytyzmu, energoterapii, wróżbiarstwa, różdżkarstwa, nadużywanie terapii zwłaszcza wykonywanych przez osoby nieuprawnione oraz posługiwanie się imieniem Bożym w sposób magiczny. Wiele osób nawet nie wie, że w ich życiu miesza diabeł. Stopnie dręczeń dzielą się na dwie grupy. Działania diabła są zwyczajne i nadzwyczajne. Te pierwsze to kuszenie do złego. Drugie nie ogranicza się wbrew powszechnym poglądom do opętania diabelskiego, czyli wejścia złego ducha w człowieka i zawładnięcia jego ciałem. Znacznie częściej dochodzi do nawiedzeń diabelskich i zainfekowania urokiem lub przekleństwem rzeczy, mieszkań, zwierząt. Dzieje się w Twoim życiu coś nieprzewidzianego? Masz pechowy samochód, który ciągle powoduje kolizje albo drapie go syn sąsiadki? Może mieszkanie stało się dla Ciebie ciasną klatką?
A może cierpisz na brak równowagi duchowej, nachodzą cię natarczywe myśli, masz koszmary? To ostatnie również świadczy, że jesteś w posiadaniu diabła, choć to inna pozycja w katalogu dręczeń. Najpowszechniejsze jest zwyczajne diabelskie nękanie, powodujące cierpienie na poziomie zdrowia fizycznego, życia osobistego, zawodowego oraz komplikacje majątkowe. Brak pieniążków na papu nie ma związku z faktem, że rączki przyrosły nam do siedzenia ani kryzysem, ale wpływami złego ducha.
Na koniec najważniejsze dla cywilnych egzorcystów: nawet diabeł gardzi tymi, którzy podejmują się posługi uwalniania nie mając święceń, w sposób samowolny, bez rzeczywistej wiary w Jezusa Chrystusa. Dla klientów egzorcystów: rękę po pieniądze wyciąga jedynie oszust. Odczynianie jest za darmo, w przeciwnym razie nie działa, bo ewangelia absolutnie zabrania przyjmowania pieniędzy.
Co innego ofiara na tacę. Albo na utrzymanie portalu egzorcyzmy. katolik.pl. "Wspomóż tę stronę i inne nasze inicjatywy"- proszą autorzy. Chodzi o ewangelizowanie innych krajów, przede wszystkim Rosji w temacie zagrożeń duchowych.
Nikt nie policzył, ile jest wart rynek egzorcyzmów w Polsce. Ale widać jest się o co bić.
27 lutego 2011r.
CEL POTRZEBNY NA GWAŁT
Gadałam o szkolnictwie wyższym z prof. Tadeuszem Iwińskim, posłem SLD.
-"Nie dokonamy skoku cywilizacyjnego, jeśli nie zreformujemy szkolnictwa wyższego". To minister Barbara Kudrycka. Klub poselski SLD wstrzymał się od głosu nad reformującą system ustawą o szkolnictwie wyższym, którą niedawno przyjął nasz Sejm. Pan również. Nie zgadzacie się z diagnozą Kudryckiej?
-Ocena jest trafna. Nie jesteśmy przekonani co do metod. Lata temu przeprowadzono reformę w szkołach podstawowych i średnich i co? Czy jest lepiej? Większość nauczycieli uważa, że nie, że np. w liceum powinno się spędzać cztery lata, bo inaczej nie sposób przyswoić wszystkiego, co powinno się wiedzieć, gdy się ma maturę. Ustawa o szkolnictwie wyższym zmienia bardzo wiele dla wszystkich uczestników procesu kształcenia wyższego. Dla studentów, doktorantów, asystentów i adiunktów, doktorów habilitowanych, profesorów, rektorów i całych uczelni. Samo sprawozdanie Krystyny Łybackiej, przygotowane w imieniu Sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży miało ponad 100 stron.
-Gmeranie w ulu. Tak napisał o zmianach prof. Jerzy Marian Brzeziński z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
-W dużym ulu. Studentów jest w Polsce ok. 2 mln, że o innych zainteresowanych nie wspomnę. Słowenia czy Łotwa mają tyle ludności. Właśnie wróciłem z Olsztyna, gdzie uczestniczyłem w spotkaniu z tamtejszym prężnym środowiskiem akademickim. Opinie są różne, ale sporo osób nie jest zadowolonych ze zmian. Moim zdaniem leczenie polskiej nauki nie okaże się skuteczne bez wpompowania w nią większych pieniędzy. PO chce powiązać naukę z przemysłem i sądzi, że uzyska efekty, jak w USA, że to tylko kwestia czasu. Ale np. budżet Pentagonu wynosi 700 mld dolarów i amerykańskie uczelnie sporo z niego korzystają prowadząc badania na rzecz obronności, których efekty są potem często przenoszone do sfery cywilnej. Nasza armia ledwo zipie. To jeden z wielu przykładów. A jeśli chodzi o nakłady na polską naukę, jesteśmy czerwoną latarnią. Zajmujemy bodaj ostatnie miejsce w UE.
-Mówi Pan jak lobbysta systemu. Jakby zarabiał Pan na chleb wykładając na kilku uczelniach jednocześnie, jak czyni to większość polskiej profesury. Tylko 34 proc. polskich naukowców ma jednego pracodawcę. 66 procent kursuje między Suwałkami, Mławą i Przemyślem. Bardziej, niż o studentach myśli o tym, że trzeba zdążyć rozliczyć delegację przed wyjazdem. Bywa żenująco, koleżanka jest kanclerzem w jednej z takich szkół. Utytułowani profesorowie dajmy na to z Lublina przyjeżdżają jednym samochodem. Ale każdy żąda oddzielnej kilometrówki i uczelnia rozlicza delegacje na pięć samochodów. Jeśli chodzi o finansowanie tego bałaganu, z raportu OCED wynika, że nakłady na jednego studenta nie odbiegają od przeciętnej europejskiej. Tyle że- w odróżnieniu od innych krajów UE- większość nakładów jest prywatna. To są wpływy z czesnego. Aż 58 proc. polskich studentów płaci za edukację. Płaci, więc wymaga. Chce dostać dyplom szybko, łatwo i przyjemnie. Najchętniej poświęcając na to jedynie weekendy. To jest rekord świata: 980 tysięcy Polaków studiuje zaocznie.
-Jako profesor belwederski w sposób naturalny czuję się związany ze środowiskiem. Wykładam nieregularnie jedynie na Uniwersytecie Warmińsko- Mazurskim (dobrym i posiadającym jedyny w Polsce campus z prawdziwego zdarzenia), a i to za darmo. Opowiada Pani o patologiach. Zdarzają się, ale to jednak margines polskiej nauki, który zresztą nowa ustawa ograniczy. Faktem jest natomiast znaczące obniżenie poziomu nauczania oraz prac licencjackich, magisterskich, a nawet doktorskich. Jeśli chodzi o pieniądze, powtarzam: wstrzymałem się od głosu nad ustawą, bo przylepienie plastra nie leczy raka.
-Żaden z polskich naukowców nie przeszedł nawet pierwszego etapu konkursu Europejskiej Rady Badań Naukowych i nie otrzymał unijnych pieniędzy na badania. Uniwersytety nie mieszczą się w światowych rankingach najlepszych uczelni. OCED uważa, że Polska nie wypracowała celów rozwoju szkolnictwa wyższego, więc rozwija się ono spontanicznie.
-Zgodnie z dawnym hasłem: każdy powiat ma wyższą uczelnię. Choć mało który pomyślał, że trzeba mieć też dobrą bibliotekę. Tylko kilkanaście uczelni niepublicznych ma rzeczywiście przyzwoite księgozbiory oraz uprawnienia do nadawania stopni doktorskich.
-Uczelni niepublicznych mamy 325, zatem dobrą bibliotekę ma co dwudziesta? A potem dziwimy się, że 20 procent Polaków z dyplomem nie czyta w ciągu miesiąca tekstu dłuższego, niż 3 strony.
-Sądzi Pani, że jakiś naród-poza Japończykami i Skandynawami- czyta dziś więcej? Regan jest wysoko oceniany jako prezydent USA. A zasłynął z anegdoty: "ja mogę dziennie przeczytać tylko 5 stron". To wystarczało, bo wiedzę w pigułce przygotowywali mu doradcy i eksperci z różnych dziedzin. Wrócę do rankingów. W prestiżowym szanghajskim, publikowanym od 8 lat, notowane są tylko Uniwersytet Warszawski i Jagielloński. W czwartej i piątej setce. Ale można dyskutować z kryteriami, według których takie rankingi powstają. Bierze się np. pod uwagę liczbę cytowań. W świecie nauki, o czym świetnie ostatnio napisał prof. Andrzej Walicki, obowiązuje zasada: zacytuj, by i Ciebie zacytowali. Dlatego najchętniej cytuje się żyjących. Dużo cytują medycy, stąd pozycja Uniwersytetu Jagiellońskiego polepszyła się po przyłączeniu Collegium Medicum. Jeszcze ważniejsza jest liczba noblistów. Jeśli Uniwersytet Jagielloński wykaże Szymborską, a Gdański Wałęsę, pójdą w górę. Uniwersytet Warszawski punktuje m.in. na byłym premierze Izraela Menachemie Beginie- swym przedwojennym absolwencie, laureacie pokojowej Nagrody Nobla. Harvard, w którym kiedyś byłem przez rok na stypendium Fulbrighta, jest zawsze na czele tabeli, ale w dziejach miał 72 noblistów. Skąd się biorą nobliści? Upraszczając: z pieniędzy. Przy Harvardzie-jak wszędzie w Stanach- działa Stowarzyszenie Alumnów. Ci absolwenci wspierają uczelnię finansowo, choć przecież do biednych nie należy. Budżet roczny wynosi 37 mld USD.
-Co Pan sądzi o szkołach prywatnych? W Polsce tzw. sektor niepubliczny jest ogromny. Większy, niż w jakimkolwiek kraju UE a nawet USA. Czy to ma sens zważywszy, że szkoły niepubliczne praktycznie nie mają kadry? W publicznych jest 84 tysiące etatów, w niepublicznych tylko 18 tysięcy. Tylko dla 900 naukowców uczelnia prywatna jest pierwszym miejscem pracy! Z obserwacji wiem, że nowe kierunki tworzy się nie dlatego, że rynek potrzebuje określonych absolwentów, ale dlatego, że naukowiec takiej a nie innej specjalności ma wolny czas i zamiłowanie do podróżowania.
-Ustawa ogranicza możliwość zatrudnienia naukowców do 2 uczelni, więc ileś kierunków zostanie zamkniętych z powodu braku kadry. No i mamy niż demograficzny oraz zniesiono obowiązkową służbę wojskową. Słabsze uczelnie padną i problem może rozwiązać się sam.
-SLD ma w szufladzie lepszy od rządowego pomysł zreformowania szkolnictwa wyższego?
-Nie w sensie kompleksowych rozwiązań, choć amerykanizacja naszego szkolnictwa jest nadmierna. I ja nie potępiam ustawy w czambuł. Niektóre rzeczy są złe, np. możliwość powoływania doktorów na funkcję rektora. Nie wiem, czy sprawdzi się uproszczenie procedury habilitacyjnej, mającej trwać 4 miesiące. W Polsce co roku robi habilitację tysiąc osób, nad każdą ma czuwać 7 osobowa komisja naukowców "o uznanej renomie naukowej, w tym międzynarodowej". Myślę, że przeceniono możliwości kadrowe polskiej nauki. Kontrowersyjne jest zniesienie stanowiska docenta. Czas pokaże, czy inne zmiany np. wprowadzenie Krajowych Naukowych Ośrodków Wiodących są sensowne, czy spowodują, że więcej pieniędzy trafi do dobrych szkół i czy będą z tego efekty. Na pewno po pewnym czasie, uwzględniając nowe doświadczenia, trzeba będzie tę ustawę znowelizować. Wiele lat temu funkcjonowało pojęcie "ucieczka mózgów". Ona w Polsce w różny sposób wciąż trwa, szczególnie w niektórych dyscyplinach, np. biologia,czy astronomia. Lenin mówił, że państwo, w którym policjant zarabia więcej niż nauczyciel jest państwem policyjnym. Rozumiem, że policjantów mamy tylko ok. 100 tysięcy, zaś wszystkich nauczycieli aż 600 tysięcy, ale właśnie ci pierwsi zarabiają lepiej.
24 lutego 2011r.
EUROCEPTER
Zadzwonił Robert Gałązkowski, dyrektor Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.
-Przyjedź jutro na suwalskie lotnisko, dostaniecie nowego Euroceptera za 21 milionów- zaprosił.
Suwalskie lotnisko to klepisko, na którym czasem lądują helikoptery. Od kilku lat jest tu baza Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Jedna z siedemnastu, funkcjonujących w Polsce. To zasługa Gałązkowskiego oraz suwalskiego przedsiębiorcy Jana Zaworskiego. W tamtych czasach, kiedy decydowały się losy bazy Zaworski był posłem SLD. Bardzo chciał, żeby śmigłowiec ratunkowy stacjonował w Suwałkach. Posłowie z Ełku też chcieli mieć go u siebie, ale Zaworskiemu udało się przekonać decydentów do Suwałk. Naturalnie były przesłanki obiektywne, korzystne dla tej lokalizacji, przede wszystkim bliskość dwóch granic.
-Śmigłowiec jest gotowy do startu w 4 minuty od momentu wezwania go do akcji. W zależności od siły wiatru jest w stanie dolecieć w 23 minuty do miejsca wypadku oddalonego od 80 do 90 km- tłumaczy Robert. -Zastąpi wysłużonego Mi-2. Po przeszkoleniu załoga może latać również w nocy. Na wyposażeniu ma defibrylator, respirator, zestaw pomp infuzyjnych. To jakby zastąpić syrenkę mercedesem- zachwala. Nie są to jedyne dobre wiadomości, które ma nam do przekazania. W kwietniu 2011r. zostanie rozpoczęta budowa hangaru, zaplecza socjalno- operacyjnego, stacji paliw i płyt postojowych dla śmigłowców. Wartość inwestycji 5 mln zł.
Prezydent Suwałk Czesław Renkiewicz wręczył Robertowi statuetkę z podziękowaniem. Oraz wojewodzie Maciejowi Żywno, który nie miał wpływu na lokalizację bazy. A także jakiejś fiszy z Ministerstwa Zdrowia. Dla Jana Zaworskiego statuetki zabrakło. Ale był na lotnisku, bo go Robert Gałązkowski o to prosił.

20 lutego 2011r.
ŻART
Pewnego razu Bóg chciał sobie zobaczyć, jak żyją ludzie na Ziemi. Kazał więc sprowadzić telewizor, włączył, akurat kobieta rodziła. Męczy się okrutnie, krzyczy, więc Bóg się pyta: - Co to jest? Dlaczego tak kobieta się tak męczy? - No bo powiedziałeś: „I będziesz rodziła w bólu" — odpowiada któryś anioł . - Tak? No... Tego... Ja tak żartowałem... Przełącza — górnicy. Zharowani, spoceni, walą kilofami. Bóg się pyta: - A to co to jest? Oni muszą się tak męczyć? - Ale sam powiedziałeś: "I w trudzie będziesz pracował..." - Oj, „powiedziałeś, powiedziałeś" — mówi Bóg, drapiąc się w głowę — to takie żarty były, ja żartowałem... Przełącza, a tam piękna, wielka świątynia, bogato zdobiona, od zewnątrz i wewnątrz, przed nią luksusowe lśniące samochody, w środku gromada biskupów — dobrze odżywieni, pięknie ubrani, złote łańcuchy, itp, itd. Bóg się uśmiecha promieniście: - O, to mi się podoba! A co to jest? - A to są właśnie ci, którzy wiedzą, że żartowałeś...
18 lutego 2011r.
ODPOWIEDZIALNOŚĆ
Gienek Muszyc, szef Podlaskiej Federacji Związku Zawodowego Pracowników Ochrony Zdrowia zaprosił mnie na happening.
-Razem ze Związkiem Zawodowym Lekarzy zbieramy się przy ul. Malmeda w Białymstoku, pod oknami parlamentrzystów PO, żeby podziękować im za wszystko, co zrobili- zdradził.
Przebrani w siermięgi, z cepami i transparentami mówili, że Podlasie nie musi mieć lotniska, bo samoloty przeszkadzałyby ptakom. Dobrych dróg też nie, wszak to z ich powodu ludzie jeżdżą za szybko i umierają zbyt młodo. Tradycyjna służba zdrowia jest nieprzydatna. Wystarczy zapisać się do szeptuchy z Orli, a zamiast antybiotyku zjeść chleb z pajęczyną.
Na koniec demonstranci wręczyli siermięgi dla pięciu podlaskich posłów PO, żeby na pierwszy rzut oka widać było w Sejmie, kogo reprezentują. Przecież nie ma się czego wstydzić, prawda? PO nie dotrzymało żadnej wyborczej obietnicy, bo to były głupie obietnice, godzące w specyfikę regionu.
Parlamentarzystów nie było, choć o happeningu wiedzieli. Siermięgi przyjęła sekretarka.
Muszycowa organizacja sprzymierzona jest z lewicą. Mimo to nie stawił się nikt z SLD, choć Muszyc namawiał na współorganizowanie, a wybory parlamentarne na nosie.
-Bo to niepoważne. Bo współrządzimy Białymstokiem- usłyszał.
PO ma prezydenta i 16 rajców miejskich. Ma marszałka i 11 szabel w sejmiku.
SLD ma 4 radnych miejskich i 3 sejmikowych. Ale przewodniczący Rady Miejskiej SLD Janusz Kochan został wiceprzewodniczącym Rady Miejskiej Białegostoku.

14 lutgo 2011r
POMYŁKA
Oto, jak umarło dziesięciu ludzi, którzy budowali niesłuszną PRL. Wybrałam je z około tysiąca nazwisk trupów opublikowanych przez Radę Krajową Żołnierzy AL przy Zarządzie Głównym Związku Kombatantów RP. Broszura nazywa się "Żołnierze AL polegli i zamordowani przez podziemie zbrojne po wyzwoleniu kraju": Bubakiewicz (Buhakiewicz) Edward, lat 18. 28 czerwca 1946 r. bojówka NSZ "Jodły" w Kozłowie, powiat Radom, wykręciła mu dłonie do tyłu, połamała ręce i żebra, zmiażdżyła twarz i skórę na ciele pocięła nożami (str. 146). Chilimoniuk Jan, ur. w maju 1920 r., były żołnierz AL, referent PUBP we Włodawie. Ranny podczas obrony napadniętego posterunku MO w Sosnowicy. Ujęty i rozbrojony przez bojówkę poakowską "Jastrzębia". Rannego bojówkarze wrzucili do palącego się budynku posterunku i spalili żywcem w nocy z 1 na 2 czerwca 1945 r. (str. 21). Demczuk Aleksy, porucznik, ur. 14 czerwca 1917 r., były żołnierz AL, zastępca komendanta powiatowego MO w Chełmie Lubelskim. Skrytobójczo postrzelony na ulicy w Chełmie Lubelskim przez bojówkę NSZ w godzinach wieczornych 10 października 1944 r. Ciężko rannego przewieziono do miejscowego szpitala. 17 października 1944 r. przyszło do szpitala dwóch cywili i rannego dobili w obecności jego żony. Następnie zastrzelili jego żonę (str. 27). Fortuna Tadeusz, lat 32 - robotnik Fabryki Sztucznego Jedwabiu w Chodakowie. 13 grudnia 1946 r. uprowadzony na szosie między Mińskiem Mazowieckim a Sokołowem Podlaskim przez bojówki WiN "Bartosza" i "Rekina", a następnie zarąbany siekierą w Kamieńczyku (str. 146). Kliszcz Alfred, ur. 25 marca 1923 r., były żołnierz GL-AL, funkcjonariusz posterunku MO w Skierbieszowie, powiat Zamość. Poległ w walce z bojówkami poakowskimi "Podkowy", "Pingwina" i "Urszuli" podczas napadu na jego dom 25 marca 1945 r. Podczas tego napadu bojówkarze zastrzelili też jego żonę Danutę, lat 20, będącą w ostatnim miesiącu ciąży, którą przed zastrzeleniem zgwałcili, oraz 4-letnią Lucynę Kliszcz, córkę jego kuzynki (str. 56). Pabianek Karol, ur. 24 października 1898 r., były żołnierz AL, robotnik Fabryki Sztucznego Jedwabiu w Chodakowie, powiat Sochaczew. Uprowadzony przez bojówki WiN "Bartosza" i "Rekina" na szosie między Mińskiem Mazowieckim i Sokołowem Podlaskim, a następnie bestialsko zamordowany siekierami w Kamieńczyku 13 grudnia 1946 r. Porąbane zwłoki wrzucono do przerębli na Bugu. Wyłowiono je 17 grudnia 1946 r. (str. 90). Pałczyński (Połczyński) Zygmunt, plutonowy podchorąży przed 1939 r., ur. 24 sierpnia 1915 r., uczestnik kampanii wrześniowej, były żołnierz AK i AL, uczestnik powstania warszawskiego, referent PUBP w Sycowie. Ciężko ranny w walce z bojówką NSZ "Otta" pod wsią Wioska 7 lutego 1946 r. Ujęty i poddany torturom. Mimo mrozu rozebrano go do naga. Połamano mu ręce, nogi, żebra, ponacinano skórę na plecach ostrym narzędziem, zmiażdżono twarz. Po torturach dobity strzałami z pistoletu przez "Jadzię" łączniczkę i kochankę "Otta" (str. 92). Sienkiewicz Wiktor, ur. 25 grudnia 1903 r., zasłużony działacz ludowy, przed wojną członek ZMW "Wici" i SL, w okresie okupacji żołnierz AL, po wyzwoleniu wiceprezes Zarządu Powiatowego SL i starosta powiatowy w Wieluniu. Zastrzelony we własnym mieszkaniu przez bojówkę NSZ 25 grudnia 1945 r. Sprawcy morderstwa udawali kolędników. Gdy Sienkiewicz otworzył im drzwi do mieszkania, jeden z nich wyciągnął pistolet i ugodził go czterema kulami (str. 109). Solis Tomasz, ur. 20 kwietnia 1900 r., były żołnierz AL, rolnik, wójt gminy Żmijowiska, powiat Opole Lubelskie. Zamordowany przez bojówkę "Orlika" wraz z żoną Bronisławą i córką Jadwigą (studentką UMCS w Lublinie) 25 września 1945 r. (str. 115). Wróbel Jerzy, ur. 23 czerwca 1926 r., były żołnierz AL, komendant posterunku MO w Kazanowie, powiat Zwoleń. Zatrzymany w lesie koło wsi Struga między Ciepielowem a Kazanowem razem z żoną Jadwigą przez bojówkę WiN 16 maja 1946 r. Wracali od rodziny. Najpierw dotkliwie go pobito i zmuszono do zjedzenia legitymacji służbowej. Następnie przywiązano go do drzewa, żeby oglądał, jak bojówkarze znęcają się nad jego żoną będącą w zaawansowanej ciąży. Na jego oczach ją zgwałcili, po czym połamali jej ręce i nogi, a w końcu ostrym narzędziem rozcięli brzuch, żeby oglądać, jak wygląda niedonoszony płód. Kiedy nie dawała już oznak życia, w podobny sposób torturowano jego i zamordowano (str. 135).
Rok temu prezydent Lech Kaczyński zgłosił projekt ustawy wprowadzający Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, czyli morderców wyżej wymienionych. Rada Ministrów uznała, że sprawa jest czysta i jednoznaczna, zaś żołnierze wyklęci stanowią "wzór postawy obywatelskiej" (druk sejmowy 2854). 3 lutego 2011r. parlament zdumiewająco zodnie łyknął to gówno. Przeciw był tylko jeden poseł Lewicy, Artur Ostrowski. Zapytałam posłów SLD, głosujących "za" czym się kierowali, plując na własne korzenie i historię. Odpisał jedynie prof. Tadeusz Iwiński. -Klub SLD się pomylił- stwierdził.
Ludzie, którzy odbudowywali Polskę po II wojnie światowej i za nią zginęli stają się w swoim kraju pariasami, niegodnymi pamięci. Oto jedna z fotografii, przysłanych przez Czytelników. Sprofanowany grób znajduje się pod Jedwabnem (woj. warmińsko- mazurskie).

10 lutego 2011r.
79 TRUPÓW
Napisałam reportaż o 79 prawosławnych Polakach, tzw. furmanach, których katolicccy Polacy zabili, bo prawosławni modlili się na odwyrtkę.
"79 trupów", "Nie",03/2011r. (http://www.nie.com.pl/art24285.htm).
Oto fragmenty najciekawszych listów, które dostałam od Czytelników.
Od pani Anny Orłowskiej z Warszawy, córki zamordowanego w 1951r. AK-owca, wnuczki Sybiraczki, siostrzenicy Berlingowca:
"Moja rodzina opuściła Warszawę w 1931r. i w poszukiwaniu chleba wyjechała do Hajnówki. W 1939r., gdy mieli wejść Rosjanie Białorusini budowali tam łuki triumfalne witając serdecznie wyzwolicieli "zachodniej Białorusi", zbrojąc się po zęby. Gdy już cały teren białostocki został opanowany przez NKWD zaczęły się wywózki, a Policja Polska w Hajnówce miała odcięte głowy i zatknięte na płot pod komisariatami. To Białorusini z tamtych terenów razem z tzw. czerwoną milicją żydowską chodzili od domu do domu i wskazywali, gdzie mieszkają Polacy. To samo działo się w Bielsku Podlaskim, skąd moja rodzina została wywieziona do Krasnojarskiego Kraju na 6 lat. (...) Polacy wywożeni, piłowani i krzyżowani na drzwiach stodół nie mieli możliwości się zemścić. Proszę się nie dziwić, że doszło do powstania takich grup na poły partyzanckich jak Bury. Moja rodzina to przeżyła. Wuj wracając z armią generała Berlinga złożył wizytę takiej "spokojnej" białoruskiej rodzinie za wydanie jego siostry i matki na śmierć. Rozumiem pani oburzenie, ale proszę przeprowadzić w Hajnówce wywiad z ludźmi po 80-tce, Polakami, którzy te wyczyny pamiętają. (...) Sama wyszłam za mąż za Białorusina, a Żydzi uratowali moją ciotkę od śmierci 6000 km stąd, gdzie żaden Polak nie podał ręki. W mojej pomieszanej kulturowo i językowo rodzinie nie było zgody na faszyzm, komunizm czy nienawiść, ale była w innych i obudziła gest samoobrony i odwet".
Od pana Nikity Lemiesza z Gołdapi:
"Gdy miałem 2 lata 3 miesiące i 10 dni zabito moja matkę i spalono wszystko, co było nasze. Zostałem w jednej koszulinie. To było podczas II wojny światowej. Całe szczęście, że miałem wujka w miejscowości odległej o jakieś 8 km. (...) Handlował czym mógł, m.in. końmi. Trafił w łapy BUrego i mógł być zabity przez polskich bandytów- katolików. Uciekł, do swojej śmierci nie wiedział, że innych furmanów zamordowano. Bandy grasowały cały czas. (...) Pamiętam, jak pewnego razu ludzie podający się za żołnierzy Huzara obrabowali nas ze wszystkiego jedzenia. Zabrali świeżo upieczony chleb, śmietanę, resztki solonego mięsa, jaja. Po tym zdarzeniu z Hajnówki przyjechało 2 funkcjonariuszy UB z karabinami na sznurku. Oni przesłuchiwali wujka i ciotkę, ja zabawiałem się bronią. Zostawiłem sobie zamek karabinowy, po który wrócili. Wszyscy byliśmy prawosławni, ale najpierw nauczono mnie żegnać się i pacierza katolickiego, gdyż każdy odwiedzający nas bandyta sprawdzał, czy jesteśmy prawosławni. Przez okres szkolny wychowywałem się w domu dziecka, tu też chciano zrobić ze mnie prawdziwego katolika i nawe zmienić mi imię a nawet mamiono, że zrobią ze mnie misjonarza. Myślę, że Białorusini mieszkający w Polsce powinni doczekać się swojego Grossa, którzy opisze, co musieli przeżyć po wojnie ze strony swoich sąsiadów. Syn wujka miał na imię Gieorgij, z którego zrobiono Jerzego. Przez pewien czas woził ze soba dokument, w którym pisano, że Gieorgij to Jerzy".
Od pana Witolda (nazwisko do wiadomości B.D.) z Pińczowa:
"Robi Pani bardzo dobrą robotę odbrązawiając w swoich artykułach postacie najnowszych bohaterów III i IV RP. Działania zbrojne przez nich prowadzone jako żywo przypominają mi zbrodnie popełniane w lecie 1943 roku na Wołyniu, przez ukraińskich nacjonalistów na zamieszkującej tam mniejszości polskiej. A różniące się od nich tylko skalą. Bo technikę zabijania mieli rycerze z ryngrafami na piersiach podobną.
Najnowsza historia polski miała wiele odcieni. Także szarości. I dużo, dużo czerwieni. I nie chodzi mi o tą na sztandarach.
Podejmowana przez Panią tematyka wsteczności daje nadzieję, że dzieci w szkołach podstawowych nadal będą się uczyć na lekcjach historii, że II Wojna Światowa wybuchła nie 17 września 1939r., a 1 września 1939 roku. I że w agresji na Polskę brały udział hitlerowskie Niemcy, Słowacja i ZSRR".
5 lutego 2011r.
NIE SPOUFALAJ SIĘ ZE ŚW. MIKOŁAJEM c.d.
Pisałam (13 stycznia 2011r.) o podjętej przeze mnie próbie udomowienia Zorro- św. Mikołaja. Choć osobnik zdecydował się codziennie palić w piecu na węgiel oraz w kominku na dąb pogoniłam go, bo rozmowa nam się nie kleiła. Twierdzicie Państwo, że to była bardzo mądra decyzja. Jeden z listów:
"Zorro to kłamczuszek, kłamczuszek, jeżeli zapewnial, że robił już wcześniej za palacza. Nie będzie na stale palił w piecu. Toż on Zorro! Do kobiet ratowania (chwilowego) jak najbardziej. Jednak drwa narąbać, przynieść, rozpalić, piec w odpowiednim czasie domknąć, dokręcić itp? Bidulek, by się w pelerynę zaplątał, maska obsunęła na spoconym licu oczy zakrywając…i jak nic facio robi swojskiego „orla”. Przed damą seca wstyd, że o kompromitacji z ujawnienia niekompetencji w temacie palacz nie wspomnę.
Św.Mikolaj? Przecież święty. Ze świętym na codzień?! Nawet jak mu aureolkę podprowadzić, to siła przyzwyczajenia na 100% dyskwalifikuje. Owszem, w temacie kominy i kominki obyty jak najbardziej. Tyle, ze wygasłe…" .
2 lutego 2011r.
STOKŁOSA
Henryk Stokłosa jest jedynym senatorem, który w 1989r. uzyskał mandat bez wsparcia "Solidarności". Dziewięćdziesięciu dziewięciu kolegów było z tamtej listy. Biznesmenem i parlamentarzystą wielu kadencji, sławnym z tego, że jak miał kaprys, mógł organizować sesje senatu w rodzinnym Śmiłowie, bo rzadko kto się opierał jego gościnności. Najsławniejszym polskim aresztantem, którego Sąd Apelacyjny w Poznaniu wypuścił z pierdla w przeddzień Wigilii 2008r. w zamian za 3 milionową kaucję i drobniejsze środki zapobiegawcze. Sąd Apelacyjny pochylił się nad problemem stokłosowej wolności w rekordowym, nie notowanym w Polsce tempie. Osiem dni wcześniej, 15 grudnia 2008r. Sąd Okręgowy w Poznaniu zdecydował, że polityk zostanie za kratami do wiosny 2009r.
Stokłosa siedział, bo prokuratura uważała, że popełnił cały katalog przestępstw. M.in. korumpował urzędników Ministerstwa Finansów. Nie zmieniła zdania do tej pory. Aresztowanie nie odbyło się w sposób tradycyjny. Ktoś polityka uprzedził o zamiarach organów ścigania, może wróżka, bo uciekł z kraju, zanim zdecydowano się go zatrzymać. Pisałam o tym jako pierwsza.
"Kaczory tęsknią za Stokłosą", NIE 1/2007r. (http://www.nie.com.pl/art8488.htm, i ciąg dalszy http://www.nie.com.pl/art8534.htm)
Zatrzymano go w Niemczech po wielu miesiącach poszukiwań listem gończym. Rzeczniczka prasowa służby więziennej przyznała, że urządzono casting na towarzyszy senatorskiej niedoli. Wzięto pod uwagę wykształcenie więźniów, żeby w celi Stokłosa miał z kim gadać na poziomie.
Po wyjściu z celi pana Henryka Stokłosowie zemścili się na wrogach, również niżej podpisanej preparując dowody, że ówczesny minister sprawiedliwości przybył do Śmiłowa na imieniny Henryka i wyjechał z bagażnikiem wędlin.
"Ćwiąkalski nie zatruł się kiełbasą", NIE 39/2010r. (http://www.nie.com.pl/art23809.htm)
xxx
25 stycznia 2010r. niespodziewanie poprosiła mnie o odwiedziny poznańska policja. Okazało się, że Stokłosa rozpowiada, że telefonował do mnie w ubiegłym roku. On oraz Bogdan Gasiński, znany z talibów, których odkrył w Klewkach i kilku podobnie wiarygodnych historii. Oświadczyłam miłemu funkcjonariuszowi, że Stokłosa z Gasińskim mogli do mnie dzwonić, a nawet długo rozmawiać pod warunkiem jednak, że przedstawili się jako np. bezrobotni z Bartoszyc. Bo na razie nie rozpoznaję Stokłosy i Gasińskiego po głosie. Tłum dobijających się do mnie milionerów i dziwaków jest zaś na tyle ograniczony, że gdyby się przedstawili, zapamiętałabym nazwiska.
Stokłosa jako Stokłosa telefonował do mnie wiele lat temu, po tekście:
"Telekombinacja", "Nie" 39/2002r. (http://www.nie.com.pl/art959.htm)
Zapraszał do Śmiłowa, tłumaczył, że sekuje go prasa i chciałby, żebym to ja przedstawiła Polsce, że Heniu Stokłosa oraz jego kumple są dobrymi ludźmi, którym źli ludzie robią wbrew za nic mając interes Polski. Wspólny znajomy Stokłosy oraz mój ostrzegł, że jeśli przyjmę zaproszenie, zostanę przekupiona bądź wyląduję w stokłosowych kiełbasach. Zostałam w domu.
Snuję te wspominki, bo wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że 6 lutego 2011r. Henryk Stokłosa po raz kolejny zostanie senatorom. Wystartował w wyborach uzupełniających, kontrkandydatów ma słabych, hasła mocne. Przedstawia się jako "niezależny, niepokorny, doświadczony", który wyda wojnę postępującemu w północnej i zachodniej Wielkopolsce "bezrobociu, biedzie i drożyźnie". Startuje nie po to, aby mieć łatwiej w toczącym się procesie karnym. "Jestem Polsce potrzebny"- głosi.
31 stycznia 2011r.
KRYPTA
Przewodnik oprowadza wycieczkę po krypcie wawelskiej: -Tu leży Sobieski, rozbił Turków pod Wiedniem. -Tu leży Poniatowski, rozbił Austriaków pod Raszynem. -Tu leży Piłsudski, rozbił bolszewików pod Warszawą. -Tu leży Kaczyński, rozbił się w samolocie pod Smoleńskiem.
29 stycznia 2011r.
PRZYJAŹŃ
Jest w powiecie głubczyckim wioseczka na 500 dusz. Oraz sklepik, kościół z obłażącą farbą, byle jaka plebania grzana węglowymi piecami. Bo okolica to niebogata, ludzie żyją z roli i ledwo wiążą koniec z końcem. Jakiś czas temu miejscowym księdzem zainteresował się Urząd Kontroli Skarbowej. Okazało się bowiem, że jeden ze śląskich biznesmenów pożyczał od klechy pieniądze. Czarny dał 5 razy po 500 tysięcy złotych bez żadnych warunków. Biznesmen miał rozum, więc szmal pomnożył i niedawno oddał klesze wziątki. Bez żadnych procentów, bo ksiądz pomagał mu z dobroci serca, nie zaś chęci zysku. W tym momencie transakcję namierzył Urząd Kontroli Skarbowej.
-Dlaczego ksiądz finansował pana biznes?- dociekali inspektorzy.
-Bo jestem z księdzem zaprzyjaźniony- wyjaśniał biznesmen.
-Od kiedy?- dociskali urzędnicy.
-Od chwili, kiedy wjechał samochodem do rowu, a ja pomagałem mu wyciągnąć brykę- śpiewał.
(Ksiądz lubi szybie samochody, obecnie ma toyotę land cruiser.)
Odpytano księdza nie na okoliczność, czy pożyczka miała miejsce, bo co do tego nie było wątpliwości, ale skąd wziął mamonę i dlaczego zapomniał o zapłaceniu podatków. Najpierw duszpasterz oświadczył, że szmal należy do parafii. Nie wspomniał o tym w umowie pożyczki, bo przecież parafia to on. Ale opolska kuria oświadczyła, że nic nie wie o takiej zasobności. Wtedy klecha oznajmił, że gotówkę dał mu na przechowanie inny śląski biznesmen. Który niedawno umarł. Wdowa odparła, że nie miała z mężem tajemnic, więc nie jest możliwe, aby powierzył komuś w depozyt 2, 5 mln zł bez jej wiedzy. Tak osaczony ksiądz zasłonił się tajemnicą spowiedzi. Rzecznik opolskiej kurii potwierdził, że tajemnica spowiedzi to rzecz święta, nawet jeśli przedmiotem spowiedzi jest robienie pieniędzy.
Urząd Kontroli Skarbowej kazał księdzu w 14 dni zapłacić podatek "od przychodów nie znajdujących pokrycia w ujawnionych źródłach dochodu" w kwocie 1 mln 880 tys. zł. Sprawdzę, czy ksiądz zapłaci, bo jakoś nie wydaje mi się, żeby państwo polskie było w stanie wygrać ten pojedynek.
24 stycznia 2011r.
PLAGI EGIPSKIE
Zimno, mokro, mgliście. Kto może jedzie, gdzie ciepło. Jeśli nie ma worka szmalu wybór niewielki- Egipt albo Wyspy Kanaryjskie. Ceny pobytu porównywalne, w Egipcie za te same pieniądze większy komfort, ale Europa ma swoje uroki. Jak wyjdziesz na spacer poza hotelowy ogród nie psujesz sobie apetytu oglądaniem domów z tektury i możesz przez całą noc włóczyć się z knajpki do knajpki.
Polskie media odradzają wyjazd do Egiptu aż z trzech powodów, innych niż wskazane wyżej. Po pierwsze w Morzu Czerwonym grasują rekiny żarłacze, podpływają do plaż i zjadają nieszczęsnych turystów. Po drugie w Egipcie mordują katolików. Wprawdzie nie turystów w Hurghadzie, tylko chrześcijan koptyjskich w Aleksandrii, ale czy Polak- katolik może na miejsce wakacji wybrać kraj, który prześladuje wyznawców Chrystusa? "Tam giną chrześcijanie. Zastanów się, czy tam jechać"- grzmią media. Po trzecie Egipcjanie źle płacą polskim rezydentom, opiekującym się hotelowymi gośćmi, więc również z powodu narodowej solidarności należy plażować się gdzieś indziej.
Czytam i myślę, że głównym powodem tej pisaniny jest fakt, że z powodu kryzysu na Wyspach Kanaryjskich jest mniej tłoczno, niż zazwyczaj, a żyjący z turystów Egipt wydaje mało na kształtowanie wizerunku.
19 stycznia 2011r.
NIE SPOUFALAJ SIĘ ZE ŚWIĘTYM MIKOŁAJEM
Ugościłam św. Mikołaja pierogami ze skwareczkami. Zaprosiłam go do pizzerii "Rozmarino", najlepszej w Suwałkach. Chyba jest niezadowolony, bo się nie odzywa. Pewnie to efekt pośpiechu, w jakim połykał danie. -Szybko, bo ostatni autobus do Łomży odjeżdża o 14.15- poganiałam. -Wprawdzie jest kolejny o 21.00, ale ja nie będę ci towarzyszyć, bo mam zaplanowany dzień- preorowałam.
Mikołaj dał się zapakować do pospiesznego o 14.15. Przyjechał o 13. 08. Kocham zdyscyplinowanych mężczyzn, dlatego jestem sama.
Mikołaj pisał do mnie sms-y, że jest świętym Mikołajem i wszyscy czegoś od niego chcą. Z wyjątkiem mnie, stąd sympatia. Rok wcześniej wysyłał sms-y jako Zorro. Bardzo mi to przypadło do gustu, bo do moich kumpelek żaden Zorro nie pisze. Jednak nie odpisywałam, bo nie miałam czasu. Aż wyjechałam na wczasy na Lanzarotte. To były dwa tygodnie nic nie robienia. W połowie turnusu zapytałam Zorro, czy jest młody i śliczny? Nie odpowiedział, więc pomyślałam, że nie ma dla mnie optymistycznych wiadomości. Skrobaliśmy do siebie sms-iki całkiem czułe, bo pisanie sms-ów to jest higieniczne zajęcie. Zajmujesz się nim, kiedy chcesz i wcale się nie pocisz. Potem przestaliśmy. Aż w Wigilię 2010r. dostałam sms od św. Mikołaja. Ponieważ numer wydał mi się znajomy, zapytałam, co z moim przyjacielem Zorro? Wprawdzie na bezrybiu i rak ryba, ale w moim wieku człowiek się przyzwyczaja. Odpisał, że po trzydziestce każdy Zorro zamienia się w św. Mikołaja. Jeśli dożyje tak sędziwego wieku, oczywiście.
Zapytałam Zorro, czy potrafi palić w piecach na węgiel i kominkach na dąb. Bo ja najbardziej potrzebuję palacza, ale najchętniej na stałe. Odpisał, że w tym właśnie zajmował się na wszystkich hacjendach. I przyjechał do Suwałk. Dzięki przytomności umysłu mojej córki przyjęłam go w "Rozmarino", a nie w domu. Siedzieliśmy nad pierogami i rozmowa się nie kleiła. Zrozumiałam, że niepotrzebny nam palacz, zwłaszcza bez referencji, bo świetnie radzimy sobie same.
Jak napisałam Zorro- św. Mikołaj obraził się z powodu niegościnności, choć rachunek za pierogi skrupulatnie uregulowałam. Morał: ikon powinno się używać zgodnie z przeznaczeniem. Św. Mikołaja do przynoszenia prezentów.
13 stycznia 2011r.
NIE KAPUJ POLICJI
W Państwowym Szpitalu Klinicznym w Lublinie pracował urolog Dariusz S. Jeśli wierzyć miejscowym mediom, poderwał żonę miejscowego mecenasa. Wkurzona papuga postanowiła się odwdzięczyć i wysłała do rywala byłych pacjentów z dowodami wdzięczności (papuga zaprzecza, że maczała palce w inscenizacji). Niezależnie od tego, kto pociągał za sznurki pacjent Henryk W. dał urologowi łapówkę i ukrytą kamerą nagrał zajście. Kamery użyczył Polsat. Najpierw Henryk wciskał urologowi 500 zł. "Nie trzeba"- mruczał medyk, ale kasę wziął. Niestety nagranie było rozmazane, nie do wykorzystania w telewizji, więc kazano panu W. spróbować jeszcze raz. Tym razem Henryk W. dał, a doktor przyjął 200 zł.
Prokuratura napisała akt oskarżenia, sądy miały mieszane uczucia, bo przecież pacjent nie wręczał urologowi szmalu w trosce o swoje zdrowie. Henryk W. chciał go sprowokować do zachowania być może na co dzień przez urologa nie praktykowanego, na domiar złego w intencjach niejasnych! Urolog tłumaczył, że wziął pieniądze z powodu nieporozumienia. Znał pacjenta ze swego prywatnego gabinetu, sądził, że dopłaca mu za tamto stare leczenie.
Skracając: pod koniec grudnia 2010r. zapadł w tej sprawie ostateczny wyrok. Lubelski sąd uznał, że prowokacja była nielegalna, ale wina urologa bezsporna. Ocenił jednak, że wziątka jest wypadkiem mniejszej wagi i warunkowo umorzył postępowanie przeciwko Dariuszowi S. z rocznym okresem próby. Urolog ma zapłacić 3 tys. zł na cele dobroczynne. Urolog nie leczy już w PSK, tylko w zakładzie prywatnym.
xxx
W Państwowym Szpitalu Klinicznym w Białymstoku pracował kardiochirurg Tomasz H.
O tej historii wiele razy pisaliśmy w "Nie":
"Za ile serce się kroi", "NIE" 31/2005r.- http://www.nie.com.pl/art6055.htm
"Dr Donosik", "NIE" 23/2006r.- http://www.nie.com.pl/art7525.htm
"Lekarz lekarzy", "NIE" 9/2008r.- http://www.nie.com.pl/art10156.htm
Przypomnę z grubsza: Wojciech Serwatko, asystent Tomasza H. miał wiedzę, że szef bierze łapówki. Poszedł z nią na policję. Wspólnie z organami ścigania zmontowali prowokację. Docent pieniędzy nie chciał, ale ostatecznie je wziął. Dowodem jest nagranie. Prokuratura napisała akt oskarżenia, sądy miały mieszane uczucia (stwierdzano winę, kary nie orzekano, bo okoliczności prowokowania uznawano za niejasne). Skracając: Tomasz H. został ostatecznie uniewinniony. Prokuratura złożyła kasację, ale w listopadzie 2010r. Sąd Najwyższy ją odrzucił. Stwierdził, że zanim policjanci przystąpili do akcji, powinni byli posiąść wiedzę o wziątkownictwie prowokowanego z innych niezależnych źródeł, nie tylko z relacji Serwatki.
Tomasz H. kieruje kliniką kardiochirurgii PSK w Białymstoku. Serwatko uczy się na drwala, gdyż kilka miesięcy temu Naczelny Sąd Lekarski pozbawił go prawa do wykonywania zawodu na okres 3 lat, zaś 4 stycznia 2011r. Sąd Najwyższy ten werdykt podtrzymał uznając, że odrzucenie przez sądy lekarskie wszystkich wniosków dowodowych Serwatki nie jest naruszeniem jego prawa do obrony.
xxx
Poprosiłam Katarzynę Strzałkowską, rzecznika prasowego Naczelnej Izby Lekarskiej o komentarz do tych historii. Zignorowała pytanie. Odpowiedziała na inne. Prowokatorzy z Białegostoku zostali ukarani, lubelscy wcale, bo "prowokacja dziennikarska, mająca na celu ustalenie pewnych istotnych dla opinii publicznej faktów lub informacji jest kwestią zupełnie odmienną od prowokacji przeprowadzonej na podstawie przepisów kpk przeprowadzanej przez uprawnione do tego organy ścigania w celu uzyskania dowodów do postępowania karnego". Jeśli chodzi o trzech wymienionych wcześniej lekarzy, NIL prowadziła postępowanie dyscyplinarne jedynie w stosunku do Serwatki. Z wiadomym skutkiem.
Morał: jeśli chcesz skutecznie walczyć z łapówkarstwem niezależnie od tego, czy się nim brzydzisz, czy tylko szukasz pretekstu do zniszczenia rywala, zgłoś się do mediów, nie organów ścigania. Nie piszę tego przeciwko Serwatce. Facet znający się na szyciu ludzkich serc nie musi być biegły w niuansach prawa.
11 stycznia 2011r.
DŻENTELMEN Z BURAKA
Empik lansuje nową książkę o „współczesnym mężczyźnie widzianym oczami Jolanty Kwaśniewskiej”. Baba, do której sympatie deklarowało 80% społeczeństwa, postanowiła zrobić dobrze jego męskiej połowie i w publikacji pt. „Lekcja stylu dla mężczyzn” walczy z barbarzyńskim mrokiem, w którym pogrążone są polskie chłopy.
Była prezydentowa jednym tchem radzi jak i w co się ubrać, by z prostego buraka zmienić się w nienagannego dżentelmena:
-
„Dobierz skarpety o jeden ton ciemniejsze od spodni.”
-
„Pomiędzy węzłem krawata a szyją musi zostać odstęp- mniej więcej szerokości palca.”
-
„Rękaw koszuli powinien sięgać nasady kciuka.”
-
„Mankiet ma być dwa centymetry dłuższy od rękawa marynarki.”
By chłop był chłopem dobrze ubranym oprócz ręcznie szytych krawatów na jedwabnej podszewce powinien zakupić „dwa garnitury jednorzędowy szary i granatowy, najlepiej dwuguzikowy, 10 koszul do garnituru pięć gładkich (dwie białe, trzy jasno lub ciemno niebieskie), trzy w paski oraz dwie w dowolny deseń”.
Liczy się firma. („Czasami wkładając ubranie, wkładamy na siebie nie tylko kawałek tak czy inaczej skrojonej tkaniny. Może zabrzmi to górnolotnie, ale są chwile, gdy wkładamy na siebie historię.”) Do „historii” zaliczają się między innymi walizki Louisa Vuittona, scyzoryki Victorinox, koszule Ralpha Laurena, czy ciuchy Tommy Hilfigera.
Oraz natura. Czyli metka „organic cotton” lub „organic cultivation”. Bawełnę organiczną uprawia się bez stosowania pestycydów i dodatków chemicznych do nawozów. „By producent mógł reklamować swój surowiec jako ekologiczny musi zadbać o stosowne certyfikaty. Absolutne minimum dla bawełny organicznej to gleba wolna od chemikaliów od co najmniej trzech lat”.
To w jakich butach facet chodzi zdradza nam o nim wszystko: „Wystarczy rzut oka, żeby zgadnąć na przykład, czy mamy do czynienie z typem twardo stąpającym po ziemi (but wygodny, praktyczny, solidny, bez ozdób) czy może z bujającym w obłokach romantykiem (delikatna podeszwa, wąskie czubki, lakierowana skóra). Noszący ślady używania, z okrągłym noskiem, na skórzanej podeszwie, najlepiej ręcznie szyty, dobrze wypolerowany- to sygnał: ten dżentelmen zna się na rzeczy.”
Buty trzeba umieć nosić. Jedna para ręcznie szytych butów z okrągłym noskiem, na skórzanej podeszwie wkładanych codziennie to duży błąd, bo „buty muszą odpoczywać. Zgodnie z radami najlepszych szewców nie należy nosić dwa dni z rzędu tej samej pary. Bo but, by zachować fason musi mieć czas, aby „odetchnąć”. By rozwiać wszelkie wątpliwości w temacie obuwia Kwaśniewska poucza, że niestety wszystkie buty trzeba czyścić.
W kwestii wagi Prezydentowa jest równie nieugięta: „Powiem wprost: nie ma mowy o dobrym życiu i udanym współżyciu z obciążającymi kilogramami.” Ona i jej rodzina niewątpliwie swoje wspaniałe figury zawdzięczają radom, które dzięki jej cennej książce trafią wkrótce pod wszystkie polskie strzechy.
-
„Trzydziestolatkowie mogliby wyrzucić z diety potrawy smażone. Mogą też zrezygnować z zawierających dużo cukru owoców, np. winogron. Zamiast tego wskazany jest chudy drób, pełnoziarnisty chleb i razowy makaron.”
-
„Czterdziestolatkowie najlepiej zrobią, stawiając na ryby morskie i słodkowodne, warzywa, a do tego raz dziennie nisko tłuszczowy nabiał. Dobrze by było ograniczyć pieczywo i nie nadużywać masła.”
O pięćdziesięciolatkach nie ma nic. Przypuszczalnie aż tak długo prawdziwy dżentelmen nie żyje.
Gdy nasz chłop się już skutecznie odchudzi i niczym motyl z poczwarki zaczyna przeobrażać się z domowego buraka w światłego obywatela świata ma pamiętać jeszcze o kilku drobiazgach:
-
„Dbaj o twarz, pamiętając, że golenie zarostu to nie wszystko! Sprawdzaj regularnie, czy masz przycięte włosy w uszach, brwiach i nosie.”
-
„Częstym problemem panów jest duża potliwość. (…) W takiej sytuacji polecam skorzystanie z pomocy dermatologa- kosmetologa. Ostrzyknięcie narażonych na nadpotliwość części ciała botoksem daje ogromny komfort. Warto spróbować.”
7 stycznia 2011r.
CIOCIA ALBO MAFIA
On ma sklepy, ona jest notariuszem. Mieszkają w Łapach. Blisko stąd do wschodniej granicy, więc pan Jarosław wyspecjalizował się w handlu komórkami, cieszącymi się wzięciem na tamtych rynkach. Przepisy są takie, że nabywca spoza UE ma prawo do tzw. tax free. Płaci za towar normalną cenę, ale jeśli wywiezie go za granicę, co potwierdza celnik, dostaje z powrotem podatek VAT.
Na tax free nie można wywieźć ciężarówki pustaków ani kombajnu do ścinania zboża, gdyż przepisy chcą, aby towar mieścił się w bagażu podręcznym. Nie określają jednak, czy bagażem podręcznym jest wszystko, co człowiek może unieść? Czy może wszystko, co można załadować do samochodu osobowego? Nawet jeśli przyjąć za liniami lotniczymi, że bagaż podręczny waży do 10 kg i ma określone gabaryty, z pewnością mieści się w nim telefon komórkowy.
Pan Jarosław sprzedawał telefony, zwracał VAT, jak nabywcy powtórnie pojawili się w jego sklepie ze stosowną pieczątką od celnika. Żeby mieć pewność, że pieczątka nie jest podrobiona kontaktował się z Urzędem Celnym. Spał spokojnie, aż o szóstej rano zaćwierkał domofon.
-Dokoła domu byli ludzie w kominiarkach- opowiada notariuszka.
Funkcjonariusze przetrząsnęli dom, bo mieli wrażenie, że jest składnicą nigdzie nie ewidencjonowanych telefonów komórkowych. Że pan Jarosław sprzedaje je na lewo. Zabrali komputer notariuszki, a także twarde dyski z komputerów dzieci. Potem zwrócili, bo nie znaleźli nic. Żona pana Jarosława szykowała się do pozwania Skarbu Państwa o niezasadne wypatroszenie chałupy, kiedy okazało się, że jej mąż ma jednak brud za uszami. Bo nie wymagał, aby nabywca telefonu osobiście fatygował się po zwrot VAT, ale oddawał go np. jego cioci, jeśli przedstawiła stosowne dokumenty. Czasem taka ciocia odbierała VAT za kilka telefonów, które kupiła rodzina.
W przepisach nie ma słowa, że tak nie wolno. Pan Jarosław sądził identycznie jak większość prawników, że co nie jest zabronione, jest dozwolone. Słudzy fiskusa uważali inaczej. Pomyśleli też, że może ciocia odbierała podatek VAT nie za telefony swojej rodziny, ale białoruskiej mafii?! Poprosili urzędników Łukaszenki, żeby zweryfikowali tę teorię. Białoruskie służby wezwały rodzinę cioci i zapytały, czy kupiła telefony w Łapach u pana Jarosława i po co porządnym Białorusinom jakieś telefony z Polski? Część przesłuchiwanych na wszelki wypadek oświadczyła, że telefony komórkowe widziała wyłącznie w telewizji.
Zarządzono ekspertyzę podpisów tych nabywców telefonów, którzy zaprzeczyli, że je kupili. Grafolog badał próbki pisma, ale zakrętasiki złożone na dokumentach sprzedaży nie są wystarczającym materiałem porównawczym.
Sklepy pana Jarosława popadły w ruinę, bo żaden obywatel byłego ZSRR nie kupuje u konfidenta KGB. Niedawno trzyosobowy skład sędziowski Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Białymstoku wychodząc poza zgromadzony materiał dowodowy stwierdził, że handlarz komórek handlował telewizorami, pralkami, odkurzaczami i częściamim komputerowymi. Pewnie metodą kopiuj- wklej pisał na raz kilka wyroków w podobnych sprawach i pomieszały mu się akapity. Może wybierał się na Hawaje albo miał na głowie inny palący problem. Bo w Polsce sąd w odróżnieniu od sklepikarza nie musi być sumienny, staranny i dociekliwy.
4 stycznia 2011r.
WIZERUNEK
Telewizja Suwałki zaprosiła mnie, aby z red. Tomaszem Kubaszewskim z "Gazety Współczesnej" skomentować najważniejsze wydarzenia 2010r. Tomek sympatyzuje z PiS, telewizja jest prawicowa, więc pomyślałam, że usłyszę, co złego zrobił SLD w moim mieście i przyjdzie mi się z tego tłumaczyć. A jest kilka barwnych kwiatków na tej łączce. Oto pierwsze z brzegu przykłady, rozpowszechnione przez "Współczesną". Dotyczą najważniejszych postaci lokalnej lewicy. Tadeusz Zamaro był od wielu lat szefem klubu radnych SLD, Janusz Krzyżewski to wieloletni radny sejmiku samorządowego, w przeszłości marszałek województwa podlaskiego.
Pomyślałam, że pewnie Krzyżewski wykonał jakiś gest w celu poprawienia swego wizerunku. Tym bardziej, że w najbliższych wyborach parlamentarnych pragnie ozdobić swoim nazwiskiem czołowe miejsce na liście kandydatów Sojuszu. -Pewnie przeprosił wyborców, że kasę wziął, solennie oświadczył, że jedynie przez roztargnienie, bo przecież nie poleciał na nędzne 6 tysięcy złotych i oddał diety dla głodnych dzieci albo ptaków- kombinowałam. -"Współczesna" o tym nie doniosła, bo nie lubi lewicy, ale ja opowiem telewidzom- planowałam.
Zapytałam szefów powiatowego SLD, czy jest w sprawie diet happy end. Zdziwili się. Przecież skoro pieniądze zostały Krzyżewskiemu wypłacone, to znaczy, że mu się należały. Zapewnili, że nie warto denerwować się śledztwem w sprawie fałszowania wyników wyborów w DPS, bo nic z niego nie wyjdzie. Nawet jeśli wszyscy staruszkowie zeznają, że chcieli wesperzeć PiS sąd nie da im wiary, bo ludzie w tym wieku miewają demencje.
Link do audycji telewizyjnej "Między Nami"- http://www.tvsuwalki.pl/index.php?pages=material/video/344.
1 stycznia 2011r.
|